ctmbsc. piotruś (cd cd)

Auto podrywało z drogi pył, łuski słonecznika, źdźbła traw, płatki kwiatów jabłoni, opakowania po Laysach i Grześkach. Maks trąbił na dzieciaki, które z okazji soboty wyciągnęły z bloków rowerki i hulajnogi. Zepchnięte pod żywopłoty z ligustru wodziły nienawistnym wzrokiem za białym audi, które kręciło siódme albo ósme kółko wokół ich osiedla. Buczenie klaksonu odrywało od codziennych zajęć ich matki; zaniepokojone, wychylały się przez otwarte na oścież okna. Coś krzyczały. Pewnie kurwa, kurwa, kurwa. Piotruś, niesłyszany i niewidziany przez nikogo poza sinobrodym starcem, telepał się po bagażniku. Pojął rytm przeciążeń i podrzutów, instynktownie starał się do niego dopasować, i na ile pozwalały mu więzy, to naprężał mięśnie, to ulegle przywierał do blachy. Tańczył. Dziwnie się tańczy w pudełeczku metr na metr na pół, ale on czuł, że to potrafi. Starzec kiwał głową i uśmiechał się zachęcająco.

Maks prowadził jedną ręką. Leciutko, jak w walcu wiedeńskim, kręcił kółko za kółkiem, a potem nie zdejmując nogi z gazu gwałtownie skręcił kierownicę w prawo i audi prezesa z fasonem wyjechało na miasto. Chmurka ciągniętego za nimi pyłu jakby przez chwilę zawahała się na wirażu a potem opadła. O tej porze dnia Górnicza była tak zastawiona samochodami, że z dwóch pasów jezdni robiła się praktycznie jednopasmówka. Za przedszkolem Maks musiał przyhamować, by przepuścić nadjeżdżającego z naprzeciwka brązowego busa UPC. Pisk opon zlał się z buczeniem klaksonu, a Piotruś stracił i rytm, i spokój.

- Chój – wrzasnął Maks i wystawił przez okno dłoń z wymownym układem palców, by kurier pojął, że popełnił poważny błąd i gdy następnym razem skrzyżują się ich drogi, nie skończy się na pouczeniu. Piotruś nie mógł słyszeć przekleństwa, a tym bardziej nie widział towarzyszącego mu gestu, ale poczuł niepokój, bo starzec zniknął.

Bóg jeden wie co się z nim stało. Może przesiadł się z bagażnika na tylną kanapę, by szepnąć Maksowi coś do ucha, bo źrenice Wiesława Stefanki rozszerzyły się jakby doznał olśnienia. Mieli z Udarem jechać prosto po gładkim jak stół asfalcie, ale plany się zmieniły. Po prawej był dwudziestometrowy kikut ulicy Miedzianej prowadzący do ulicy Szpitalnej – niewiele dłuższej, za to solidnie doświadczonej przez los, upersonifikowany na kształt fachowców. Na Szpitalną zaglądały na zmianę formacje remontowo-instalacyjne z gazowni, wodociągów, telekomunikacji i energetyki. Od co najmniej ćwierćwiecza stale ktoś tu rył koparkami, ciągnął kable, kładł rury, wymieniał zawory, coś spawał lub ciął palnikami acetylenowymi, wedle potrzeby. Instalacje szły – być może porządnie jak Pan Bóg przykazał – pod spodem, za to na powierzchni objawiał się nieopisany chaos. Ledwie jedni ułożyli osiemnastowieczną kostkę, drudzy ją zrywali, grunt to osiadał, to wybrzuszał się absurdalnie, a braki w kamieniu uzupełniano naprędce plastrami betonu, asfaltu lub polbruku, w zależności od tego, co akurat było pod ręką. Przez te operacje nawierzchnia Szpitalnej bardziej przypominała wybrukowany z fantazją wertep Mandżurii niż nobliwą ulicę w pępku Europy. Mimo tego historyczne walory arterii ani na moment nie przestawały być przedmiotem troski konserwatora zabytków i dumy kolegów Władysława Oskwarka z Towarzystwa Przyjaciół Miasta. Towarzystwo poświęciło im niejeden akapit w wydawanym społecznym sumptem miesięczniku i nawet Maks, który z założenia czytał tylko to co musiał, dowiedział się w końcu, jaki skarb kryje się za rogiem.

Uznając, że przyszła pora wykorzystać tę wiedzę w praktyce, Maks skręcił w tamtą stronę, a Piotruś poczuł, jak siła odśrodkowa rzuca go na blachy, na chwilę odpuszcza i z taką samą mocą targa w drugą stronę. Zrobiło mu się niedobrze. Zanim jednak chłopak zdążył przestraszyć się, że zwymiotuje w nowiutkim audi ojca, wóz gwałtownie przechylił się do przodu i podskakując na nierównościach potoczył się w dół Szpitalną. A chwilę później wstrząśnięty, dosłownie wstrząśnięty, Piotruś uderzył głową w klapę bagażnika i po raz drugi tego wieczora stracił przytomność.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

ctmbsc. piotruś (cd)

Trzy razy tego wieczoru Piotruś tracił przytomność i trzy razy ją odzyskiwał. Pierwszy raz ocknął się, gdy chłopaki niosły go owiniętego taśmą klejącą do samochodu. Darł się „Ratunku! Ratunku!”, więc Maks niespiesznie odciął jeszcze kawałek plastra i zalepił mu usta, dla świętego spokoju. Pozbawiony możliwości formułowania werbalnych komunikatów, zaczął się ciskać jak wyrzucona na brzeg ryba – z trudem wepchnęli go do bagażnika. Nie spodziewali się takiej woli życia po ciocie. Posapując patrzyli jak skrępowanymi nogami wciąż kopie w blachę i podskakuje na boku, próbując odbić się, wybić, przebić, dać nura z brutalnej rzeczywistości w swój różowy oceanik. Nic z tego, rybeńko.

Udara zaczęło to wkurwiać.

- Cicho kurwa bo zajębię ci – pogroził mu paluszkiem i Piotruś zrobił się grzeczny.

Popłakiwał cicho, gdy Udar zatrzasnął klapę bagażnika. Zrobiło się ciemno. Mózg zadziałał jak filmowy projektor: od razu w tej ciemności zaczął wyświetlać sceny z filmów, w których gangsterzy wywożą takich jak Piotruś do lasu, wciskają im do ręki łopatę i każą kopać grób. W bagażniku łopaty nie było, może co najwyżej saperka wciśnięta pod koło zapasowe, ale to nic jeszcze nie znaczyło. Pewnie dół już jest przygotowany, w końcu wystarczył byle wykrot, rów, lisia jama, dzika żwirownia.

Te lasy – przypomniał sobie z kina – zawsze są żywiczne, intensywnie zielone, z cętkami światła jak w dyskotece. Z ciekawskimi sikorkami, przygladającymi się egzekucjom z gałęzi, z pryskającymi na boki iskrami wiewiórek, z kukułką powtarzającą swoje aż do obłędu. W tych lasach trawa błyszczy od rosy. Mech się ugina. Ziemia chrzęści i szeleszczy. Tu i ówdzie z pękniętego poszycia sterczy suchy korzeń, wysypują się żółte koraliki żwiru. Scieżka prowadzi przez bandaże pajęczyn, śluz slimaków, chrząszcze, meszki, oski; przez duszne chmury zapachu zalegające pod akacjami i czeremchami, w sam matecznik ciemności. Igły sosny, kolce jeżyn, gałązki głogu -wszystko się czepia życia. Dzyń dzyń dzyń wiatr porusza cichutko dzwoneczkami konwalii. Zbiegają się roje much. Mrówki chodzą po całym ciele.

Tak się umiera w filmach. Piotruś wiele razy wcześniej rozmyślał o śmierci. Garść tabletek nasennych wydawała mu się wówczas dość pociągającym rozwiązaniem. Zdarzały się dni, w których świadomość, że istnieje awaryjne wyjście – proste i bezbolesne – pomagała pozbierać się do kupy. Dopóki wybierał życie, śmierć jako pewna niegroźna ewentualność nie była straszna. Teraz, gdy nie miał żadnego wyboru, przerażała go tak, że posikał się ze strachu.

Wyobraził sobie, jak Maks i Udar, dopaliwszy papierosy, rzucają niedopałki do dołu, w którym leży. A potem kamienie, ziemię, liście i igliwie sypiące się z góry jak brudny śnieg. Korzeń brzozy pod lewym barkiem, grudkę gliny na czole, martwego żuka pogrzebanego razem z nim.

Bóg na to nie pozwoli. Zdziwiła go ta myśl. Nie miał pojęcia skąd się wzięła. Nie był specjalnie religijny. A tu nagle ni z tego, ni z owego Bóg. Absurdalna myśl o kimś, kto zasiadając hen na niebiesiech, kontroluje bieg wypadków, nad którymi on, Piotruś, zupełnie stracił kontrolę.”A jak tonąłem, to podsunął mi kamień pod stopę. A jak zgubiłem się w Krakowie, to poprowadził mnie przez obce miasto wprost pod wycieczkowy autobus. A jak uderzyl piorun, to nie w nasz dom” – przypominał sobie cud za cudem. Teraz też siwobrody starzec wyciągnął palec i trzymał go nad miastem, a Piotruś poczuł spokój.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

ctmbsc. piotruś

Tego wieczoru, gdy Mesjasz wrócił do miasta, Piotruś wydepilował sobie brwi. Zabierał się za to od soboty, to znaczy od dnia, gdy zauważył, że sztywne włoski zamiast układać się nad okiem w subtelne sploty, zaczęły się wynaturzać, degenerować, mierzwić nieelegancko. Geny – uznał ze smutkiem, gdyż brwi ojca były właśnie takie: prostackie, wulgarne, dzikie, jak u leśnego zwierzęcia w rui. Bolało. Starał się nie myśleć o bólu. Po prostu chwytał pincetą włos po włosku i wyrywał gwałtownym szarpnięciem. Ale oczy mimowolnie zachodziły mu łzami. Co jakiś czas musiał przerywać swe manewry, bo odbicie smutnego chłopca w okrągłym lusterku rozmazywało się, rozpływało we łzach.
Jak cały naród miał Piotruś niejeden powód do łez. Nie przebrzmiały jeszcze echa potwornej katastrofy, w której zginął pan prezydent z małżonką i elita polskich polityków. Na wrogiej ziemi, z podsmoleńskiego ugoru wciąż wygrzebywano szczątki ofiar, szczątki telefonów komórkowych, szczątki garderoby, guziki i kościane grzebienie. Gazety przedstawiały coraz to nowe dowody zdrady. Zwykli ludzie zostali sami. Nie było już papieża, a ten drugi, niemiecki, wszystkim, włącznie z prawdziwymi katolikami, wydawał się tanią podróbą. Nawet nie mówił po polsku, a co to za papież, który nie potrafi wypowiedzieć słów: „Stanisław”, „kremówki”, „niech żyje łupież”. I znowu przyszła powódź, i zabrała dobytek wielu rodzinom, zatopiła sto tysięcy domów, ludzie umierali w topieli, rzeki niosły zgubione lalki, trupy krów i kotów, wzdęte od biedy reklamówki z Biedronki. Ale mimo wszystko to nie bolało tak bardzo jak wyrywany z cebulką włos. I łzy Piotrusia, choć mimowolne, były szczere.
Zrobiwszy lewe oko, Piotruś uniósł lusterko i przyjrzał się krytycznie swojemu dziełu. W miejscu sterczącej na wszystkie strony brwi widział teraz ciemną kreskę, cieniutką, niemal szczątkową, lecz wciąż wyraźnie odznaczającą się na tle podrażnionej, zaczerwienionej skóry.
- Lepiej nie będzie – westchnął i dzielnie przystąpił do obrabiania prawego oka. Lusterko zdążyło trzy razy zajść łzami, gdy dotarł do połowy brwi i gdy musiał odłożyć pincetę. Ktoś dobijał się do drzwi na dole.
Dzwonek rozćwierkał się niczym grupka kosów w okresie godowym: tirlitirlitirlitirli. Przemawiające ptasimi głosami ustrojstwo zamontowane w przedpokoju mogło stanowić przedmiot psychoanalitycznych seansów. Razem ze ściennym zegarem z kukułką, telefonem komórkowym i paroma innymi gadżetami należącymi do ojca Piotrusia, dzwonek był świadectwem utajonych ornitologicznych ciągot pana domu. Z zasady daleki od romantycznych uniesień, trzeźwo stąpający po ziemi i absolutnie nieczuły na uroki przyrody prezes Władysław Oskwarek wykazywał zadziwiającą konsekwencję w podświadomym doborze tego rodzaju drobiazgów. Piał mu budzik na dzień dobry, po sowiemu pohukiwała komórka przy każdym esemesie, zegar w przedpokoju odkukiwał godzinę po godzinie, i znużony tą ptasią menażerią Piotruś myślał nieraz, że ojcu brakuje już może co najwyżej gumowej kaczuszki do kąpieli.
Z ptasim jazgotem w uszach Piotruś zbiegł po schodach. Przekręcił klucz. Otworzył drzwi. Trele ucichły. Dwie krępe postacie uśmiechnęły się do niego obłudnie.
- Hej – powiedział Maks i klepnął Piotrusia w ramię. – Możemy na chwileczkę?
Nie czekając na pozwolenie, odepchnął sierotę na bok i wcisnął się do przedpokoju. Za Maksem jak cień podążał Udar.
- Sam jesteś?
Piotruś skinął. Udając, że pociera czoło, zasłonił dłonią wydepilowaną do połowy brew. Usunął się w cień, by kosmetyczne zabiegi, jakim oddawał się przez ostatnią godzinę, mniej kuły gości w oczy. Wiedział, że to nie w ich guście. Ale Maks nie zwracał na niego uwagi. Nonszalancko rozglądał się dookoła. Wsadził głowę do kuchni. Powęszył. Podszedł do schodów, nieufnie zajrzał do góry. W końcu strzepnął popiół z papierosa na kapcie Piotrusia i spojrzał mu w oczy.
- Nie szkoda ci takiego pięknego popołudnia? – zapytał. – Bo nam szkoda, nie Udar? Dzień w sam raz na wycieczkę. Ptaszki, chmurki, kurwa, słoneczko. No to pożyczyliśmy auto od pana prezesa…
Tu Maks zamachał kluczykami Audi należącego do Władysława Oskwarka.
- …i przyjechaliśmy zabrać cię, kolego, na miłą wycieczkę.
Wystarczyło jedno mrugnięcie Maksa i Udar już był przy nim, już wykręcał Piotrusiowi rękę do tyłu, już trzymał w żelaznym uścisku głowę z nie do końca wydepilowanymi brwiami.
- No to pac – powiedział Maks i zamachnął się pięścią. Piotruś zwiotczał. Miękko osunął się na podłogę z tekowych desek.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

ctmbsc. korowiow i chłopaki

Maks zauważył, że jakby dla równowagi świńskie oczka drugiego osobnika zmętniały, zwęziły się chytrze. Ich źrenice gwałtownie uniosły się ku górze i znieruchomiały wpatrzone w przyczepiony do stropu strzęp worka po cemencie. Na chwilę w garażu zapadła cisza. Przerwał ją teatralny, afektowany szept Korowiowa:
- Przepiękną jałowicą jest Egipt, lecz ściga ją bąk z północy. Także jego najemnicy wśród niej są jakby tucznymi jałowicami. Albowiem oni się również odwrócą, uciekną razem, nie wytrzymają. Nadchodzi bowiem dzień ich nieszczęścia, czas ich kary.
Sales Representative HA GENS GmbH westchnął, opuścił głowę, przymknął powieki, a kiedy je otworzył, oczy błyszczały mu od łez.
- A jednak świr – przemknęło Maksowi przez głowę. – Świr brzuchomówca. Z tresowanym kotem. Taaaa.
Świr pociągnął nosem Otarł twarz brudną chusteczką.
- Księga Jeremiasza. Bardzo piękna. Piękniejsza od tej przereklamowanej Apokalipsy św. Jana. Panowie czytali może?
Udar pokręcił głową.
- Warto. Naprawdę warto. Nawet jeśli panowie są niewierzący.
Korowiow nagle pacnął się otwartą dłonią w czoło, jakby w tej chwili coś sobie uświadomił. Uśmiechnął się szeroko.
- Zgadłem?
Maleńkie oczka przesuwały się od jednego do drugiego niczym wahadło metronomu. Zwykły uśmiech zamienił się w uśmiech oczekujący potwierdzenia. Główka wariata też kiwała się leciutko, jakby dla zachęty no, no, śmiało, nam można wszystko powiedzieć…
Behemot mruczał. Mrrr… Mrrr…
- Co? – nie zajarzył Udar.
- Jesteście panowie niewierzący?
- Aaa. No. Generalnie…
- Doskonale – uradował się Korowiow i spojrzał znacząco na kota. – To znacznie ułatwia sprawę.
Promienie zachodzącego słońca wdarły się przez małe okienko garażu. Zatopione w miodowozłotej poświacie postacie patykowatego iluzjonisty i krępego kocura stojącego nonszalancko na tylnych łapach wydały się Maksowi tak nierealne, że pomyślał z ulgą „To sen”. Sen się jednak nie poddawał.
- Bóg z jego kamiennymi tablicami i tymi wszystkimi „Nie będziesz cudzołożył. Nie będziesz kradzieży czynił. Nie będziesz mówił fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”…
Naśladując pankreatora Korowiow buczał zrzędliwie jak ów bąk z północy nad egipską jałowicą:
- … tylko mąci ludziom w głowie. Eh, starzy tak zawsze: „A nie idź tam, bo cię pobiją!” „A siedziałbyś w domu!” „A czemu ty tyle palisz?!”. „A nie słódź tyle!”. Tylko jęczą i jęczą. Mam rację, Behemot?
Kot zamruczał aprobująco.
- I to całe wielkie gadanie, że stworzył człowieka wolnym. Stworzyłeś wolnym? To teraz siedź cicho zamiast jęczęć bez przerwy jak stara baba!
Z utkwionym w suficie wzrokiem, który wszak zdał się przenikać żelbeton i sfery niebieskie, Korowiow zrobił przerwę na potakujący pomruk Behomota. A Maks poczuł, że to jest ten moment, żeby przejąć inicjatywę. Złożył dłonie i potarł je naśladując gest, którym robotnicy kończą fajrant.
- Dobra, gościu sales cośtamstatywie, kurwa. Fajne te twoje sztuczki, ładna kicia, i może kiedyś kupimy bileciki do waszego cyrku, ale teraz spadaj, bo my z kolegą mamy swoją robotę. A o Bogu to se ze świadkami Jehowy pogadaj. Na Kolejowej. Się posikają ze szczęścia jak sam do nich przyjdziesz, nie Udar? – Maks zarechotał obleśnie i mrugnął do kolegi. Zawahał się przez chwilę. Splunął pod buty. – Taaa. Daj trzy stówki za stłuczony przez zwierzaka reflektor i między nami będzie kwita, okej? – wycedził hardo, Uznał, że nie zaszkodzi przy okazji wycyckać idiotę z pieniędzy, jeśli cokolwiek ma przy sobie.
- Okej – powiedział Korowiow. Z kieszeni spodni wyjął gruby plik banknotów, odliczył trzysta złotych i podał Maksowi.
- A więcej pan nie chce?
- No niby tak, to nowe audi, wóz prosto z salonu. Jeszcze stówka? – zasugerował bezczelnie Maks.
- Myślałem raczej o trzystu tysiącach – uśmiechnął się obszarpaniec. – Jako zaliczce. I drugich trzystu po wykonaniu roboty. Jeśli, oczywiście, panowie zgodzicie się przyjąć nasze zlecenie.Behemot!
Kot, który podczas deklamatorskich popisów chudzielca podniósł z betonu drzazgę i z zapamiętaniem dłubał nią w zębach, skrzywił się. Splunął. Odrzuciwszy oślinioną namiastkę wykałaczki, niechętnie opadł na cztery łapy. Na czworaka wszedł pomiędzy Korowiowa a Maksa z Udarem, niemal ocierając się o ich nogi. Kumple patrzyli z niedowierzaniem, jak sales reprezentative układa na grzbiecie zwierzęcia, niczym na hebanowym stoliku, 12 zgniłozielonych paczuszek banknotów opasanych banderolami Narodowego Banku Polskiego. Czort jeden wie, skąd je wziął, bo przecież nie miał przy sobie żadnej walizki ani reklamówki. Pieniądze pojawiały się w jego dłoniach jak na iluzjonistycznym pokazie. „Efektowana sztuczka” – pomyślał Maks. Ale odkąd wziął do ręki jedną z paczuszek, poczuł jej wagę, zapach papieru i drukarskiej farby, a potem potarł palcem w poszukiwaniu wypukłych zabezpieczeń; odkąd zablikowała rozwiąźle w świetle jarzeniówki – wiedział, że pieniądze są prawdziwe, a ten, który rozłożył je na pokuszenie, to nie wariat ani cyrkowy błazen. To jego przeznaczenie.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

ctmbsc. korowiow i behemot

- Też uważam, że to było głupie – odezwał się ktoś za ich plecami.
Maks i Udar odwrócili się, by ujrzeć, jak w szparę między niedomknięte drzwi bez pardonu wsuwa się dziwny osobnik: niemłody już ale i niestary, chudy, opalony z wąsikami jak piórka i malutkimi wesoło zmrużonymi oczkami. Łyse czoło nieznajomego muskała smużka włosów, rzadkich, zaczesanych na pożyczkę aż zza lewego ucha. Na jego czole nie lśniła ani kropla potu i już ten fakt w połączeniu ze spokojnym, wręcz radosnym głosem przybysza wydał się chłopakom niepokojący. Poza tym przybysz, który naruszył właśnie ich domowy mir, ubrany był jak kloszard. Nosił rozciągnięty t-shirt z okładką „Nevermind” Nirvany, spodnie ni długie ni krótkie, ni żółte ni brązowe, w paseczki sprzed pięciu sezonów. Do tego sandały, rozkłapane i naciągnięte na brudne białe skarpety z dezynwolturą, która samego Dawida Wolińskiego wpędziłaby w zakłopotanie. Maks i Udar oniemieli.
- Tak, to było głupie, ale z Behemotem nie ma dyskusji. Jak sobie coś, uparciuch, postanowi, to choćbyście Bóg wie co powiedzieli, u niego zawsze finis coronat opus – trajkotał dziwny typ zupełnie bez sensu. – Mówiłem mu: „Po co te figle?! Panowie się przestraszą, może nawet w parkan wjadą, guza sobie nabiją i nici z naszego interesu!”. A on nic tylko wąsa kręci. Mruczy. W końcu zrobił co zrobił.
- Co zrobił? – wybełkotał Udar. Bezsensownie. Ale fałdka na jego czole świadczyła, że usiłował myśleć.
- No rzucił się na was jak zwierzę. Stricte na samochód, którym panowie jechali. To zdaje się Audi A4 wersja b6, prawda?
Maks i Udar spojrzeli po sobie. Już wiedzieli. Mieli przed sobą wariata. Czubka, który nawiał z Wojewódzkiego Szpitala Psychiatrycznego w Złotoryi i grasował po przedmieściach. To wyjaśniało jego dziwny strój i idiotyczną paplaninę.
- Aha – powiedział Maks, a miało owo „aha” jednoczesnie zasygnalizować Udarowi odzyskanie kontroli nad sytuacją, jak też uśpić czujność wariata, to znaczy dać natrętowi do zrozumienia, że tak, to jest Audi A4 wersja b6, że żadnych więcej wyjaśnień nie potrzebują, że rozpracowali go i że może sobie iść swoją drogą.
- To znaczy, że nie gniewają się panowie?
- Ani trochę – uśmiechnął się Maks.
Czubek przyglądał mu się przez kilka sekund podejrzliwie. W końcu teatralnym gestem złożył drobną, chudą dłoń na piersi, nakrywając wyblakły jednodolarowy bannot z okładki Nirvany.
- Kamień z serca – oznajmił. – Naprawdę, kamień z serca.
Cofnął się o krok, wystawił głowę na zewnątrz i zawołał:
- Behemocie, chodż do nas, panowie się nie gniewają.
- Naprawdę? – odpowiedział mu jakiś pomruk.
- Naprawdę.
Nieśmiało do garażu wsunął się gruby czarny jak sadza kocur, dwukrotnie albo nawet trzykrotnie większy od największego kota jakiego w życiu widział Maks. Zwierzę miało puchaty ogon, głowę jak u atlety i iście kawaleryjskie wąsiska, czujnie nastroszone. W dodatku chodziło na tylnych łapach, a przednimi – na przemian to prawą, to lewą – nerwowo pocierało plamkę oleju rozmazaną na nosie.
- Przepraszam – burknął kocur jak skruszony dzieciak.
Jedno spojrzenie na niepewny uśmiech Maksa upewniło Udara, że wbrew wcześniejszym sygnałom kontrola nad sytuacją nie została odzyskana.
- Ja też przepraszam, bo powinienem był nas przedstawić. Panowie pozwolą, Korowiow, były regent cerkiewny, obecnie sales representative pewnego zachodniego przedsiębiorstwa dynamicznie wkraczającego na wschodni rynek – chudzielec wyprostował się dumnie i prestidigitatorskim ruchem wyciągnął nie wiadomo skąd dwie wizytówki. Na kredowym papierze w istocie widniał napis: „Fagot Korowiow Sales Representative HA GENS GmbH” i coś tam jeszcze drobnym druczkiem, którego w ciemnawym wnętrzu garażu nie szło nijak odczytać. – A to jest mój towarzysz, Behemot – Korowiow kontynuował prezentację.
Kot skłonił się z elegancją, a kiedy wyprostował plecy w jego żółtych oczach nie było już śladu nieśmiałości. Teraz błyszczały hardo, prowokująco, zaczepnie.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

ctmbsc. piotruś i chłopaki (II)

Udar wiedział, że zabawa dopiero się rozkręca. Uwielbiał za to kumpla. Ksywa Maksa wbrew pozorom nie wzięła się od imienia, ale od cechy charakteru. Maks, czyli Wiesław Stefanko, wszystko co robił, robił na maksa. Gdy rówieśnicy popalali trawkę, wstrzykiwał sobie herę. Gdy szli na odwyk, na trzy dni przypinał się kajdankami do kaloryfera i połykał kluczyk. Jak pił, to do torsji. Jak szedł do biblioteki, to po „Ulissesa”. Kochał się bez gumki. Zamiast alzheimera spodziewał się AIDS i raka z przerzutami. A kiedy prowadził samochód, pedał gazu wciskał w podłogę tak, że przypominał korek w wannie.

Teraz też letnie michelinki w audi zapiszczały, gdy skręcili w wyremontowaną za unijne pieniądze Górniczą. Ale w połowie drogi Maks sadystycznie odbił w prawo, by zamiast gładziutkim asfaltem Piotruś przez chwilę podelektował się wielokroć zrywanym brukiem ulicy Szpitalnej. Kanciasta, pamiętająca kampanię napoleońską kostka, była przedmiotem dumy i troski Towarzystwa Miłośników Miasta,w którym udzielał się tatuś kurdupla. Z jakiegoś powodu Maksowi zależało, by potomek prezesa też docenił tę spuściznę.

Nie dane mu było rozpędzić auta do przyzwoitej prędkości. Ledwie wcisnął trójkę, zza ciut przywiędłych już krzaków forsycji wyskoczyło coś czarnego. Łypnęło na kierowcę żółtymi ślepiami i desperacko rzuciło się pod koła samochodu. Zadudniło głucho o podwozie. I zniknęło.
- Kurwa, co to było? – jęknął Udar i obrócił się na fotelu pasażera. O ile dobrze widział przez tylną szybę i zapadający z wolna zmierzch, na napoleońskiej kostce nie było nic, żadnego rozpłaszczonego ciała, ani plamki krwi, rozbryzgów mózgu, kawałków kości; nic poza odrobiną plastiku i stłuczonego szkła, świadczących, że naprawdę w coś wjechali.
Gdy ciemny kształt uderzył w maskę, Maks odruchowo przyhamował, ale zaraz dodał gazu, wjechał w Kościuszki i popędził na przedmieścia. Jechali w milczeniu, Udar tylko kręcił wielką głową, a wypowiedziane na Szpitalnej pytanie wciąż brzęczało im w uszach, bo czas rozciągnął się jak miętowa guma do żucia lub jakieś inne żelatynowe świństwo. Maks odezwał się dopiero, gdy zaparkował audi w garażu przy tancbudzie. Kucnął przy zbitym reflektorze, wyjął z niego kłaczek sierści, przez chwilę oglądał go w świetle żarówki, a potem obłąkańczo zarechotał.
- Pieprzony kot. Przejechaliśmy pieprzonego kota.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

ctmbsc. piotruś i chłopaki (I)

Tego wieczoru, gdy Mesjasz wrócił do miasta, Maks i Udar najpierw owinęli Piotrusia taśmą klejącą, a potem wepchnęli do bagażnika tatusiowej audicy. Wyrywał się. Charczał. Kopał w blachę, kurdupel pogięty. Aż Udar stracił przyrodzoną mu anielską cierpliwość, podniósł ku niebiosom wielki jak kartofel paluch i pogroził Piotrusiowi wkładając w ten gest cały majestat posiadacza Złotej Karty Siłowni Atlas.

- Cicho kurwa bo zajębię ci – duszkiem rzucił dyszkancikiem.

Jedyne niezaklejone taśmą oko Piotrusia łypnęło niespokojnie na wzniesiony nad bagażnik paluch i trysnęło łzami. Choć z racji swej profesji Udar napatrzył się w życiu na płaczących mężczyzn, taki widok nigdy nie przestał robić na nim wrażenia. O ile w łzach kobiety widział zwykle wyłącznie aktorską sztuczkę, identyczny z technicznego punktu widzenia płacz mężczyzn fascynował go jako absolutnie ekstremalne, niedostępne mu doświadczenie. Udar zastygł więc nad otwartym bagażnikiem z przechyloną głową i zmarszczonymi brwiami. Zawisł tak niczym koliber nad kielichem orchidei; tylko skrzydełka serca uderzały mu siedemdziesiąt razy na minutę albo jeszcze szybciej. Gapił się, jak się Piotruś maże. Dopiero gdy Maks znalazł wśród frajerskich płyt pana prezesa jakąś fajną muzę, a samochodowe głośniki zapulsowały umpSK umpSK umpSK, oprzytomniał.

- No, teraz się pobujamy – westchnął i, trochę wbrew woli, z lekkim ociąganiem, zatrzasnął nad mazgajem klapę bagażnika.

Niebo zamknęło się nad Piotrusiem, nastała ciemność, straszna ogłuszająca ciemność, której nie przepędził nawet radosny głos wokalisty, śpiewającego, że umpSK umpSK ona tu jest i tańczy. Ze wszystkich sił próbował teraz nie myśleć o Niej. Pomyślał o Bogu. A potem o ojcu. O bogu ojcu, że właśnie zsikał się w jego samochodzie i elegancka grafitowa wykładzina nasiąka ciepłym moczem, co na bank mu się nie spodoba.

Niewiele było rzeczy, które ojciec – właściciel największej w powiecie hurtowni betonu – kochał bardziej od tego samochodu, a Piotruś z pewnością do nich nie należał. Trafił się panu prezesowi syn, trudno, trzeba go było odchować, zapewnić staranne wykształcenie et cetera. Ale przecież nie ma powodu, żeby rozsądny człowiek popadał w histerię z powodu jakiś genów,.rodzinnych więzi i tym podobnych bzdur – rozumował tatuś Piotrusia. Ogromny dom i pieniądze przez osiemnaście lat ułatwiały im koegzystencję. Chłopak nauczył się nie zawracać ojcu głowy, podobnie jak jego matka, która krótko po narodzinach syna odeszła z innym panem, darując zarówno hurtownikowi, jak i jego potomkowi, święty spokój. Po krótkim acz burzliwym małżeństwie prezes potrafił docenić jej dar. Uganiał się za spódniczkami, ale pilnował, by żadnej nie dać się usidlić. Tymczasem Piotruś chował się zdrowo, po męsku, bez tego całego cyrku ze zdmuchiwaniem świec z tortów i przekłuwaniem baloników w makdnonaldzie. Aż dziw, że wyrósł na mazgaja.

Udar nic do Piotrusia nie miał. Na swój sposób nawet go lubił. Żyli w symbiozie, jak dwa prymitywne organizmy: jeden zapewniał drugiemu pożywienie w zamian za ochronę. Tak było przez całe gimnazjum, dopóki drogi Piotrusia i Udara się nie rozeszły. Dzięki Princessie tego wieczoru mogli odnowić starą znajomość. W gruncie rzeczy Udarowi było przykro, że stało się to w mało sympatycznych okolicznościach.

Gdy zajął miejsce obok kierowcy, zauważył, że Maks założył pożyczone od Piotrusia lub jego taty okulary przeciwsłoneczne w złoconych oprawkach. Nie zwracając uwagi na Udara, w lusterku wstecznym ćwiczył swój holywoodzki uśmiech.

- Epika, nie, w tych binoklach? Wyglądam jak prezes młody bóg? – cmoknął do swego odbicia.

Udar uznał, że to nie było pytanie, więc nie zareagował. Nie lubił mówić. Elegancka gadka szmatka to nie jego specjalność. Gdy podrywali dziewczyny, to Maksiu gadał, a on tylko zalotnie prężył muskuły.

Ruszyli i przez kilkanaście minut obwozili Piotrusia po osiedlu, sadystycznie przyspieszając ilekroć napotykali na wpuszczone w asfalt spowalniacze. Jednokierunkowa ulica o rozpalającej wyobraźnię nazwie Nad Zalewem otaczała peerelowskie blokowisko, w połowie szare, w połowie przemalowane na karmelkowo. Kręcili się po niej w kółko jak na karuzeli, aż w końcu Maksowi zrobiło się niedobrze.

- Zjeżdżamy z tego wesołego miasteczka. Jedziemy po Princessę – zakomunikował, unosząc na czoło ciemne okulary i wyłączając odtwarzacz. Z bagażnika rozpaczliwie zadudniło.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

GPS

W nocy spadł śnieg. Jeszcze nie odcisnęły się w nim buty gimnazjalistów, po które dopiero za pół godziny wyjedzie z Z. pomarańczowy autobus. Dopiero co przejechała piaskarka. Biało i cicho. Ani śladu psa. GPS przepadł. Kamień w wodę. Karmę z metalowej miski wyjadły mu jakies inne, obce psy. Jakieś bezdomne zło, które chodziło po uśpionej wiosce nie zostawiając śladów. – Dżipies – wołam bez przekonania i nie za głośno, by nie pobudzić Krupów. – Gdzieś tam jest – odpowiadają mi upiory. Ani śladu kota, ale o niego akurat jestem spokojny. Czarna Mańka przespała tę noc w łożku Marysi, od czasu do czasu wysuwając pazurki z aksamitnych poduszeczek na znak obecności. W moją twarz i dłonie też wbijają się drobne pazurki mrozu, gdy jako jednoosobowa brygada odśnieżająca sunę plastikową łopatą po chodniku. Plastik dudni o asfalt jak moje serce.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

obok tabarnakulum

Święty, Święty Pan Bóg Zastępów. On wiedział, że przychodzimy do kościoła nie dla modlitw czy pieśni, że przysypiamy na czytaniach, nudzą nas litanie, bolą kolana, nie pojmujemy nic a nic z całej tej liturgii i psu na budę ewangelizacyjny zapał księdza Gomulaka. Z respektem mijaliśmy wieczną lampkę nad tabarnakulum, przyklękaliśmy przy ołtarzu i pospiesznie uciekaliśmy w bok, na zaplecze jego kultu, w cyrkowe kulisy, spowite cieniem pakamery. Tu w komodzie nad zakrystą trzymano poprzecierane od ciągłego używania szaty liturgiczne. Po kątach stały wyjęte z ram obrazy i gipsowe, poobijane okrutnie, figurki z bożonarodzeniowej szopki. Zakurzone stosy starych mszałów i brewiarzy z pozłacanymi stronami. Fisharmonia. W skrzyniach leżakowały dziesiątki niedopałków ze świec. Pachniało woskiem, kadzidłem i kurzem. Czyż można się dziwić, że w tak zajmującym anturażu tajemnica Trójcy Świętej i inne boskie sekrety schodziły na dalszy plan? Wciskaliśmy klawisze, kręciliśmy gałkami, napieraliśmy na skórzane miechy, wygrzebywaliśmy spomiędzy świec ułomki paschałów datowanych na jakąś kompletną prehistorię. Dotykaliśmy ornatów tak starych, że nawet ich nie prano. Dotykaliśmy wargami szyjki butelki po mszalnym winie i pokruszonych komunantów.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

wstążeczki

Działo się to w czasach, kiedy na łąkach rósł złocień, marzanka wonna, turzyca pchla, wilżnia bezbronna. Stąpało się boso po dywanach z rdestu, wśród motyli, pszczół i koników polnych. Ile sił przez zboże uciekały spłoszone kuropatwy. Skowronek śpiewał jak podrzucony w górę kamień. Można było wsunąć dłoń w gorąca miedzę i dotknąć zajęczego miotu. Albo iść za ostatnią górkę, na której znajome, znaczone krowimi plackami drogi krzyżowały się z innymi, prowadzącymi na kraj świata. Do drzemki wystarczył stóg siana. Pragnienie koiło cierpkie jabłko z dziczki, polna jeżyna, łyk tłustego, świeżo udojonego mleka.
Rdest porastał też podwórka, zryte przez świnie i zadeptane kurzymi stópkami. Karmiły się nim gęsi, perliczki i kaczki, połykając razem z drobinami kwarcu, który potem nasze matki wypłukiwały z rozkrojonych żołądków. Złote cekiny słońca drgały na mokrych nadgarstkach kobiet. Tego migotania szukaliśmy niekiedy w czeluściach studni. Czerpana wiadrem woda dla krów pachniała mchem, który wyścielał od środka cembrowinę z bloków piaskowca. Wlewaliśmy ją do śliskiego od glonów koryta. Często razem z żukami, podobnymi do pływających czarnych pinezek.
W ogromnych otworzonych na przestrzał stodołach stały snopowiązałki, młockarnie, sieczkarnie, wialnie i śrutowniki. Ich pokraczne cielska, przywodzące na myśl zamorskie bestie, rzadko pachniały nowością. Na ogół zdążyła je pokryć warstwa zmieszanego ze smarem pyłu, utrudniając odczytanie pisanych szwabachą nazw fabryk, w których przyszły na świat.
Obcy język brzmiał obco i wrogo. Wygnani z raju starcy nie wierzyli jeszcze, że ta ziemia – urządzona po niemiecku, schludna i żyzna – jest im dana na zawsze. Wrażenie tymczasowości nie opuszczało ich, gdy wiosną bielili pnie zasadzonych przez nieznajomego drzew a jesienią zamiast niego zbierali owoce na przetwory. Nowe życie zdawało się mieć krótką, najwyżej kilkumiesięczną perspektywę.
Dlatego gdy deszcze wypłukiwały zaprawę spomiędzy cegieł, rzadko kto był na tyle zapobiegliwy lub wspaniałomyślny, by uzupełnić ubytki. Dziurę po stłuczonej dachówce zaklejało się plastrem blachy a na niemalowane płoty pięła się wilgoć i nasturcje. Albo rdza, zwłaszcza u tych nuworyszy, którzy znaleźli pracę na kopalni i z czasem postanowili odgrodzić się od reszty przemyconą z dołu siatką do kotwienia stropów.
To była dobra ziemia. Wielka woda nie miała tu przystępu. Błyskawice waliły w inne domy, hen za granicami. Na pegeerowskich lakach rosły latem pieczarki. Wystarczyło wejść w las, by uzbierać koszyk prawdziwków, kankę jagód i poziomek. Rano pobrzękiwały bańki z mlekiem, odwożone na furmance do zlewni. W upalne południa pszczelarze tłukli metalem o metal, by okiełznać rojące się pszczoły. Wieczorem od pól niosło się ryczenie krów, pozostawionych na noc na pastwiskach, a wraz z ciemnością na wieś spadał obłąkańczy grzechot cykad. Wtedy zapalał się księżyc, jaśniejszy i większy niż kiedykolwiek.
Skądś, z jakiegoś zaświatu, przyjeżdżały niebieskie jelcze zwane ogórkami. Te najstarsze miały doczepioną przyczepę. Na chwilę zatrzymywały się na przystankach, posapując z wysiłku. Z przodu siedziała konduktorka, która w skórzanej teczce trzymała pospinane żabkami pliki biletów. Przyrządem, który przypominał kombinerki, wycinała w papierze tajemnicze kombinacje dziurek. Zapewne gdyby nie surowy regulamin biletowania, potrafiłaby zamienić je w kurpiowskie wycinanki lub inne cuda.
Bóg siedział na obłoku, z Ziemią pod łokciem, maleńką jak niebieski balonik lub piłka plażowa. Wokół nie przestawał dokazywać tabun goluteńkich, pyzatych cherubinków, Mojżesz tłukł się ze swoimi tablicami, Aaron puszczał bucha z kadzielnicy – Pan Zastępów nic sobie z tego nie robił. Nawet w najtęższe wichury, kiedy sklepienie kościoła stękało razem z wiernymi, w jego długiej brązowej brodzie nie drżał jeden włos. Pozostawała doskonała, dostojna, jakże odmienna od chimerycznego owłosienia naszych ojców, którzy bali się ruszyć z domu bez grzebienia i lusterka w tylnej kieszeni spodni. Podczas nabożeństw Bóg marszczył brwi i toczył nieobecnym wzrokiem ponad głowami śmiertelników. Czasem nagle odmłodniały kładł się na krzyżu, a wtedy w jego jasne dłonie i stopy wplątywały się bezwonne wstążeczki krwi. Innym razem jako gołębica muskał koniuszkami skrzydeł naszych czół. I tyleśmy go widzieli.
Babki mówiły nam, że cierpi, gdy nie klękamy do pacierza i, znudzeni kazaniem, niecierpliwie kręcimy się w kościele. Ciągały nas pod krucyfiksy, na których broczył świeżą krwią. Ruchem głowy pokazywały drobne, podobne do plam wątrobianych ranki, które nasze czyny pozostawiają na emalii, na emalii. Powtarzając „W imię Ojca i Syna…” uczyły ciągnąć ręką od czoła do piersi, somnambulicznie wodzić nią między lewym a prawym ramieniem, aż w końcu gdzieś w okolicy serca dłoń napotykała na dłoń i palce splatały się z palcami.
Oddychaliśmy, gdy ryzykując zniszczenie świątecznego ubrania pozwalały nam biec przez wieś po gorącym, lepkim asfalcie. Podnosiliśmy z Drogi ślimaki i gąsienice, martwe motyle i ważki. Podskakiwaliśmy, by sięgnąć żywicznych szyszek. Jednym susem przesadzaliśmy kałuże wielkie jak ocean. W końcu wbiegaliśmy na stadion, między wiwatujący tłum, czubkiem buta kopiąc do bramki obtłuczone jabłuszko.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy