koń trojański i inne techniki prowadzenia małych wojen

Ryją pod nami. Myszy, krety, nornice, mrówki i Bóg wie co jeszcze. Marysia przekłuwa kijem skorupkę Ziemi i odkrywa ich pokrętne labirynty, sekretne korytarze, tajne przejścia poprowadzone między światem zwierząt a światem ludzi. Pół biedy, gdyby omijały kruche korzenie powojników i glicynii, kłącza piwonii, delikatny nerw ogrodu. Więdnące pędy białych clematisów są jak wypowiedzenie wojny.
- Albo my, albo one - potakuję, gdy Marysia rozsypuje po rabacie drobną jak sól truciznę na mrówki. Przeniosą ją do gniazda i umrą.
 Na nornice i krety są inne sposoby: sierść psa na postrach wepchnięta w podziemny korytarz, wiatraczki z plastikowych butelek klekoczące na masztach z patyczków, biblijny potop w skali mikro, cichobieżny kot, świeży czosek, karbid i świece dymne. Marysia przypomina indiańskiego szamana, gdy obchodzi grządki grzechocząc totemem z zatkniętej na kiju butelki po wodzie mineralnej. Wieczorny wiatr rozwiewa pióropusz jej siwych włosów. Potem przywołujemy GPS-a do czesania. Przybiega i z entuzjazmem podsuwa pod szczotkę szczeciniasty grzbiet. I mamy biologiczną broń: kuleczkę kłaków z, da Bóg, niewyżytymi pchełkami dla wzmocnienia efektu.   
Co rano garściami zbieramy z ziemniaków stonkę i rozgniatamy butem na kamieniach ścieżki egzekucyjnej. Ale malutkie ślimaki z kolorowymi, podobnymi do cukierków Alpenliebe muszelkami, wynosimy na pola. Tak jak przerażonego kreta, który kilkanaście dni temu wpadł w łapy Czarnej Mańce. Wrzucony do konewki wsadził nosek w szyjkę, którą wylewa się wodę, i siedział tam, mój jeniec wojenny, jak trusia póki nie doszliśmy za miedzę. Wypuszczony na wolność zagrzebał się w Ziemi. Może zdezereruje. Może ominie front szerokim łukiem i będzie jeszcze szczęśliwy.  

2012-05-27 22:28:38
skomentuj (0)



z nieba wysokiego

Z marysinych zakupów wyłuskuję kilogram łuskanego słonecznika. Dla sikorek. Do południa - kiedy dzieci są w szkole i nic się nie dzieje - siedzimy we dwoje w kuchni i znad kubka z kawą popatrujemy na karmnik. Mniej więcej mamy już obcykaną całą ptasią menażerię, którą ze wzgledu na zimę wzięliśmy na swój garnuszek. Gromadę niespokojnych bogatek z białymi polikami i czarnym pasem przez cały brzuszek, które przeskakując wierzbowe gałęzie dopadają słonecznika, porywają ziarno lub dwa i ulatują wyżej, aby dokończyć konsumpcji. Przepędzają je drobniejsze, zadziorne modraszki z niebieskimi berecikami na głowach. Zaczepione pazurkami o wiklinowe dno karmnika, potrafią po kilkudziesiąt sekund wisieć głową w dół. Wróble tylko się przygladają tej hałastrze lub zbierają z ziemi to co spadnie sikorkom. Do karmnika nie przylatują też kosy - od słonecznika wolą owoce ognika lub jabłka podrzucane im co rano pod jodłę.
 Więc tak siedzimy i patrzymy. Czasem dołacza do nas Czarna Mańka, nasz kot. Wskakuje na parapet i z pozornym znużeniem obserwuje ptaki za oknem. Są szybkie, ruchliwe, nieuchwytne. Bezczelnie niezależne. Muszą ją wkurzać, bo zawsze po paru minutach na oknie ze wściekłości drapie łapami szybę, jakby chciała je wszystkie przepędzić w wysokie niebo.  

2012-02-12 18:29:52
skomentuj (3)



nokia

Światełko urosło, to już duże światło. Jasność. Widzę wyraźnie, jak dołem przejeżdża tłusta śmieciarka i jak drepcze za nią mały śmieszny człowieczek w zielonym uniformie. Na rozgrzewkę czytam na jego plecach napis "RPK". Potem biorę Gazetę Wyborczą do ubikacji i zamykam się na kilka chwil w świecie, w którym dobrzy hakerzy wydają złych hakerów, źli hakerzy mają dobrych za frajerów, a rząd bawi się kolczastym drutem.
Gdy - wciąż nad tą samą płachtą gazety i tym samym światem - jem śniadanie, dzwoni telefon.
- Nie, nie przyjadę dzisiaj - tłumaczę się Marysi z grzechu zaniedbania matki. - Robota. W południe muszę być na proteście kierowców. Chcą zablokować autostradę od el do wu.
- Tak, coś mówili o tym w telewizji.
- Kocham cię.
- Pa.
 Wiem, że to kolejny zły wybór. 
 Podłączam do ładowarki mój kieszonkowy konfesjonał marki Nokia, będzie mi dzisiaj jeszcze potrzebny.

2012-01-30 22:37:51
skomentuj (1)



dziewiąta dziewięć

Są daty, które wypadałoby zauważać. Tę przegapiłbym, gdyby nie prowokujące napomnienie r., które dziś o dziewiatej dziewięć pojawiło się pod poprzednią notką, i gdyby nie moja megalomańska skłonność, by raz na dzień sprawdzać, czy ktoś tu jeszcze zagląda. Cóż, dokładnie 10 lat temu, 28 stycznia 2002 roku zacząłem pisać pjotruska.blog.

Należałoby teraz odpalić jakieś fajerwerki, wielkie bumbum, i obudzić starego panabuka od cukielków albo przynajmniej w gwizdającą tubkę dmuchnąć sobie samemu przed lustrem.

Podliczmy to w pamięci. Dwie miłości na straty. Jakaś serdeczna szamotanina od nadziei do przestrachu. Jaś nie żyje. Antosia nie żyje. Pol odratowany. Dzieci urosły (Szymon z dumą pokazuje pasek młodzieńczych włosków na brzuchu "Wujku, ty też takie masz?"). Trzy książki rozgrzebane. Nic się nie śni poza arbeitskommando Polskapresse.

Ale gdyby się śniło, sen mógłby wyglądac tak.

Leżę w sniegu, bo jest zima, i robię orła. Bez korony, oczywiście- z koroną nie umiem. A śnieg pada grubymi, coraz grubszymi płatami, i tańczy nade mną, tańczy, ale jakoś tak smutno, jakbym leżał w grobie.
Myślę sobie w końcu, że może by wstać i tego mojego orła z jakiejś perspektywy obejrzeć, jak wyszedł. Czy aby skrzydła ma jak skrzydła, a nogi jak nogi; czy wszystko w nim takie jak trzeba.
Chcę się podnieść, ale nie mogę. Coś trzyma mnie za kark, coś wgniata mi kręgosłup w ziemię. Jakaś siła grawitacji albo inny czort.
Nic, myślę, poleżę i przejdzie. Poleżę i odpocznę sobie. Mój orzeł, choć bez korony, jeszcze piękniejszy wtedy będzie, bo dopracowany. Nic takiego utracić na chwilę dech, pjotruska. Śnieg pada.
A potem zamykają mi się oczy. Zamykają się tak jakoś lekko, bez wysiłku, tak dobrze.
I nie ma nic.  

2012-01-27 22:06:46
skomentuj (11)



kurzapiał

Dzień w którym obok mnie kierowca zatrzymuje samochód, żeby oddać znalezione na chodniku 20 złotych.
Z początku niczego nie rozumiem. Na uszach mam słuchawki i kaptur, bo pada deszcz. Noc jest. Ciemność. Boczna osiedlowa uliczka. Psy za siatką. Złe psy. A on coś do mnie krzyczy przez uchyloną szybę.
- Co? - mówię i ściągam słuchawki.
- Nie zgubił pan pieniędzy?
- Co?
- Nie zgubił pan pieniędzy? - powtarza i widząc, że nadal nie rozumiem, podnosi do góry mokry, połyskujący w świetle latarni banknot. Papier lepi mu się do dłoni.
- To nie pana? -pyta
- Nie - mówię.
- Leżało w miejscu, w którym pan przechodził.
- To nie moje - zapewniam, choć zaczyna mi się wydawać, że to mogą być jednak moje pieniądze. Wyciągałem słuchawki z kieszeni, banknot mógł wylecieć.
Był suchy, ten jest mokry.
Może dlatego wygląda tak obco, że wypieram się go, jak Piotr Chrystusa, po raz trzeci:
- Nie. Nie miałem 20 złotych.

2012-01-11 19:33:58
skomentuj (1)



moc (odcisk)

Moc truchleje. W zasadzie nie ma nic mocnego. Nawet piwo robi się bezalkoholowe.

2012-01-06 09:26:47
skomentuj (0)



jola (skala 1:1)

Zimno zna każdą szparkę w moim mieszkaniu, umie przeciskać się przez pory ścian, między słojami drewna, wchodzi w szkło jak w masło. Przewodzi je kabel od telewizora. Telefoniczne łącze. Dostaje się tutaj drogą radiową. Jest, kiedy milczysz. Zimna woda z kranu. Zimny gaz. Zimne światło. Zimna noga nieznanej kobiety zaplątana w pościel, zapomniana kiedyś. Odnalezione teraz jej zimne ręce na moich placach.
  Jej mały czerwony samochodzik pod blokiem. Zimny silnik nie chce zapalić. Zapieram się i pcham to zabawne, dziecinne autko, kilkanaście metrów po mokrym asfalcie, nim wskoczę na siedzienie obok kierowcy. Wysadza mnie na ulicy Wojska Polskiego i całuje zimnymi wargami.
  Zniknęła na zawsze. Jeszcze jakiś czas będę odnajdywal w pamięci jej ciało. W kawałkach, jak model do sklejania.  

2011-12-06 09:54:54
skomentuj (2)



młode diabły (odcisk)

Pierwszy diabeł stał w mroku, gniewny, z ręką wsuniętą pod rozpiętą kurtkę, z palcem na spuście pistoletu. Drugi diabeł, pryszczaty, wszedł w światło latarni i gestem poprosił, bym ściągnął słuchawki. A potem zaczął mówić.
- Wyszliśmy wie pan skąd. Nie będę ściemniał. Potrzebujemy na piwo. Da nam pan jakieś drobne?
Wziął monety, podziękował i odszedł, pociągając za sobą tego drugiego.
Nim podjechał bus widziałem jeszcze, jak stoją chwilę pod sklepem, a potem wchodzą w ciepły kwadrat światła.

2011-11-23 21:16:27
skomentuj (1)



czarny punkt 2 (odcisk)

Myślę o e. O tym, jak bardzo urósł jej synek od ostatnich zdjęć, które wrzuciła na NasząKlasę. Czy ma gdzieś w kieszeni płaszcza kasztan na szczęście. Czy to wystarczy.
  A mróz już zdobi drobnymi igiełkami drogi, drzewa i płoty. Już się wgryza w kałuże. W O. GPS-owi zamarzła w sobotę miska z wodą. Wyjąłem z niej przezroczysty opłatek, jak duszę, jak światełko z oka.  

2011-11-14 21:08:28
skomentuj (1)



gosia i erika (z listów do...)

Kobyłka 29.08.2011

Kochany Bracie

W związku z kupnem maszyny do pisania postanowiłam powrócić do tradyc...

tradycyjnych sposobów pisania i niniejszym napisać ten oto list do Ciebie.

Przynosi mi to niejaką radość i zadowolenie, takie klikanie klik klik gło...

głośne. Nie wyrabiam się jeszcze z rozmieszczeniem tekstu i dzwonek kończący

mnie zaskakuje nieco.Stąd te powtórzenia na początku wersów. A czy to wersy

są w ogóle.? Niezmienialność tekstu też jest fascynująca, taki strumień my...

głupoty piszę jakieś.Lena mi jkieś głowy przyklejać każe, skupić się nie mogę

Mam maszynę Erika, tak około 30_-letnią, produkcji DDR. Mamo już, mówi Lena,

bo mnie bolą uszy, ręce i głowa. Od tego hałasu chyba, ale dlaczego ręce?

To przecież ja piszę? Może taka empatyczna jest, nigdy bym nie pomy.lała.

ś mi uciekło, i z gdieś mi się ciągle gubi

To tam to dygresja była. Bajer co? kolorowy tusz...

Jutro idę do pracy. powinnam mniej się tym martwić w kontekście bezrobocia

  ale jakoś zalega mi to w głowie. Lena chce Ci coś napisać, dam jej maszynę 

   099900900- ------ - , p pppppp o oo o oooo ...

  nnnnnn   bbbb        ffff              f  i  o   d d 


Tłumaczę

Marty przyjaciółka i Leny przyjaciółka to Ola jest.

Dziewczyny siedzą sobie przy mnie. Marta dorysowuje dachówki na wieży a Lena pisze

listy, że jest zasamotniona i nie ma przyjaciół. Piotr cieszy się zielenią.

Skoda, że nie nami, my jesteśmy dosyć hałaśliwe ale może też można ciesz

cieszyć się nami.Właściwie to najgłośniejsza jest Lenka, bo ona stale coś

mówi, strasznie nieskładna jest. Eryka stuka i dzwoni, Marta i ja jesteśmy

cichutko. Takie dosadne te kropki. Zobacy............

Miało być zobacz................................... W komputerze łatwiej jest

wciskasz raz i kropki lecą a tu trzeba więcej wysiłku w kropkę wstwić.

wstawić oczywiście powinno się pisać.

Marta bardzo za Olą tęskni. Codziennie o niej mówi. Chce też napisać do niej

  Miałam problem z przesuwaniem ta.my i strony czy coś tam jeszcze ale już 

  jest dobrze. Muszę oswoić moją Erykę, sprawia mi to trochę niespodzianek 

  Będę kończyć list ten, wieczór się zbliża, obowiązki 

  Cieszę się y

  Jeszcze raz 

  Cieszę się, że mogłam, nie, że napisałam ten list do Ciebie Braciszku 

  miło byłomyśleć oTobie, chociaż wyszło mało składnie. 

  Pa, kocham Cię. 

  Gosia  

 

Jest jeszcze koperta, stuknięta Eriką z taką werwą, że czcionka o wycięła w papierze dziurki jakby chodziło nie o list, tylko o kurpiowską wycinankę. Dwie godziny temu wyjąłem tę kopertę ze swojej skrzynki pocztowej. Próbuję sobie przypomnieć co sprawiło mi ostatnio tyle radości. Nie było niczego takiego. Kropka. Kropka. Kropka. Powtarzam, bo chciałbym, żeby miały w sobie dosadność kropek stawianych przez Erikę. 

2011-09-30 21:51:59
skomentuj (5)



włóczka

Gdzieś między wejściem do wiatrołapu a drzwiami na klatkę schodową, słyszę, jak dzwoni komórka. Jedną ręką trzymam rower, drugą ręką manewruję w ganku, trzecią ręką ocieram pot z twarzy, czwartą ręką odbieram telefon. To Pol:
- Wiersz napisałem. Mogę ci przeczytać?
A w słuchawce jeszcze słyszę ten furgot skrzydełek muzy, ona jeszcze tam jest, jeszcze się kręci wokół Pola.
- Czytaj - dyszę, bo jestem po kilku kilometrach pedałowania pod górkę.

spoiło komórek szarość
dni maluje zielenią
błękitem
czerwienią

powrozem uszy zaszyło
sercem dziś
słuchać mi każe
jeden, trzy, siedem

wspólny dzień przeplata
teraz, przedtem, potem
jest, było
będzie

dziergam szczęście z uśmiechu
chwile w pamięć zaplatam
spoglądam czasem co będzie
szal, pulower czy gacie

2011-09-29 21:53:23
skomentuj (0)



opaska doktora levina

Dzień, w którym bolą mnie stopy. Natrudziłem się, nachodziłem, nadreptałem. Kiedy po kolacji trzeba wstać z krzesła, nie jest dobrze.
- Oj, oj - pojękuję, co wzbudza radość Babci Marysi.
- Zupełnie jak ja - uzewnętrznia swą radość Babcia Marysia.
Tylko Ola zatroskana: - Bolą cię, wujku, kolana? Kup sobie opaskę doktora Levina.
- Nie, kolana mnie nie bolą. Bolą mnie stopy.
- No to załóż sobie opaskę doktora Levina na stopy - radzi Ola.
Rezolutna dziewczynka.
- A bolą cię może nadgarstki? - dopytuje.
- Nie, nie bolą.
- To dobrze. Bo na nadgarstki nie ma opaski.

2011-09-17 22:24:02
skomentuj (1)



czarny punkt (odcisk)

Kołysze się Pan Bóg na krzyżyku, kołysze się Pan Bóg na różańcu omotanym wokół wstecznego lusterka. I niech nas ma w opiece. 20 siedzących i 7 stojących, nie licząc kierowcy.
Mijamy czarny punkt w K. (4 zabitych, 48 rannych) i wciąż żyjemy.

2011-09-12 21:29:54
skomentuj (1)



taś (odcisk)

Oli, która przywiozła do udomowienia półdzikie kocię, podsuwam jeden z mych okrutnych pomysłów:
- Phi, co to za kot, który przychodzi na "kici, kici". Jakby przychodził na "taś, taś", to byłoby coś.
Ola przejęła się. Chodzi za kotem i woła:
- Taś, taś. Taś, taś.
Kot ani be ani me, tylko patrzy na nas jak na wariatów.

2011-08-30 20:48:13
skomentuj (1)



pan kierowca

Pan Kierowca dobry spada mi z nieba. Czasem mam tę mannę.
Więc zatrzymuje swe niebieskie, ciemnoniebieskie, auto na Górniczej i przez opuszczoną szybę woła do mnie: halo.
  Lub jakoś tak, bo nie słyszę. Mam włączonego audiobooka a w uszach słuchawki; trwa sześćdziesiąty odcinek kryminału Henninga Mankella. Chory na raka szewdzki policjant ledwie co włamał się do mieszkania zdrowego, starego faszysty, już już ma odkryć wielką tajemnicę, a tu nagle halo z zupełnie innego świata. 
- Jedzie pan do L.? - mówi Pan Kierowca. Nie czekając na odpowiedź nachyla się, otwiera drzwi. -Niech pan wsiada.
Wsiadam. Radośnie i niepewnie. Nie znamy się. W sumie nic dziwnego, bo znajomości z Aniołami nie mogą być przecież jak chleb powszedni.
Milczymy.
Ach ta nieznośna cisza.
Nagle uświadamiam sobie, że dopiero co ustały deszcze i dostrzegam w tym jakąś szansę (kolejna boska interwencja?)
- Robi się ładna pogoda - mówię.
- To nie na długo - odpowiada.
Słowo do słowa, okazuje się, że Pan Kierowca oglądał wczoraj prognozę w telewizji i sporo wie na temat frontów i mas powietrza. Szczęśliwie przed prognozą pogody był dziennik i choć ja telewizji nie oglądam, mamy temat do rozmowy na resztę drogi: politykę. Potem okazuje się, że Pan Kierowca wie kim jestem. I robi mi się głupio, że ja ciągle nie wiem, kim on jest, poza tym, że jest moją manną z nieba.

2011-07-06 22:14:19
skomentuj (4)



z miasta na el przez ka do zet

Nad miasto na el nadciągał zmierzch, a niebieski bus jak arka Noego niespiesznie wpływał w kolejne zatoczki po ostatnich pasażerów. Pan Jacek kierowal tego dnia majestatycznie i i nonszalancko zarazem, trzymając kierownicę jedną ręką i co rusz rzucając spojrzenia we wsteczne lusterko. Ponieważ z tyłu zrobiło się ciasno, mnie zaprosił na przednie siedzenie, obok przypiętego już pasem bezpieczeństwa wąsacza z wymiętoloną reklamówką. Nad głowami zawisł nam anioł stróż Adaś w białej, przepoconej do cna koszuli. Terkocząc jak katarynka kontynuował rozpoczętą jeszcze na przystanku opowieść o Wrocławiu, skąd wracał na długi weekend do rodziców. W jego opowieści wrocławski dworzec główny - zatłoczony, ogarnięty chaosem - to przedsionek piekła i zapowiedź końca świata.
- Jeszcze miesiąc i się zacznie - prorokował. - Jest dużo nienawiści. Dużo frustracji. Ludzie są pomęczeni, źli, warczą na siebie.Dłużej tego nie wytrzymają. 
Przekorne towarzystwo z busa, choć stłoczone niczym śledzie w beczkach, wcale na siebie nie warczało. Przeciwnie, gdy zatrzymywaliśmy się w zatoczkach, ludzie kurczyli się, wciągali brzuchy i przytulali do współpasażerów, by nikt nie został na noc w mieście na el. A przystanki były pełne - bus, który miał wyznaczony kurs godzinę wcześniej, nie jechał i wszyscy witali niebieski okręt pana Jacka jak zbawienie. Kiedy z tyłu nie dało się już wcisnąć choćby szpilki, ja i wąsacz też ścisnęliśmy się na przednim siedzeniu, by zrobić miejsce ostatniej pasażerce.  
Adaś wysiadł w Ka, po drodze do Zet. Wyszedł w burzę, która spadła na nas ledwie wyjechaliśmy z miasta; w sypiące się z nieba wściekle serpentyny błyskawic.
- No, teraz to luzik - zażartował ktoś, gdy zamknęły się automatyczne drzwi. 

2011-06-23 18:57:00
skomentuj (1)



światełka

Mój brat zakochał się i pojutrze jedzie do Bytomia, zobaczyć się z B. -Jest piękna i dobra - mówi o niej.
Ania szczęśliwa po pierwszym egzaminie do szkoły teatralnej. Z czterystu osób wybrali sześćdziesiąt. I ona jest w tej sześćdziesiątce.
Szymon przysyła mi SMS-a: "Zdałem do szóstej klasy".
Groszek mówi: - Ach, Piotr, jak Marta pięknie gra. Szkoda, że tego nie zobaczysz.

Światełka. Do dotykania. Jak zakończenia nerwów. Jest prąd, który nie zabija i nie porywa. Jest nurt jak ciepła jama.

Czynności życiowe ograniczyłem do minimum. Pracuję dla pieniedzy, jem, piję wodę, zmywam z siebie pot, szczotkuję zęby, śpię osiem godzin na dobę.Tak robią ślimaki w zimnym marcu i kwietniu. Śni mi się pudełko zapałek, z których zdrapano siarkę. I nie boję się nawet, że tak będzie zawsze.
  

2011-06-16 22:26:15
skomentuj (1)



krzysio hasaj

Noc była, i śnieg grubszy niż piana na dwa palce. Dużo grubszy. GPS gdzieś przy płocie ujadał jak wściekły. Chyba Marysia pierwsza spojrzała przez okno w kuchni i poznała, że w śniegu ktoś leży. Wybiegliśmy z Grzebysiem.
To był Krzysio Hasaj. Kompletnie pijany. Latarnia wykrawała w ciemności krąg, w którym połyskiwał poliamidowym pancerzykiem kurtki i bezradnie rozgrzebywał śnieg kończynami, po owadziemu próbując najpierw obrócić się na brzuch a potem dźwignąć do góry. Miał nieprzytomne oczy i twarz zalaną krwią, która sączyła mu się z czoła rozoranego o stalową balustradę.
- Nic ci nie jest? - zagaiłem idiotycznie.
Idiotycznie zabełkotał i spojrzał najpierw na mnie, potem na Grzebysia, który próbował dźwignąć pijanicę z chodnika. Krzysio wbił w niego wzrok i zaboksował nogą w śniegu: - Ktoś ty?
- Piotrek - odpowiedziałem.- Moja mama cię uczyła. Poznajesz?
- Piotrek? - zawahał się. - Piotruś? Piotruś. A ty? - z wyraźnym wysiłkiem zadarł głowę w stronę Grzebysia, który ma prawie dwa metry wzrostu.
- Też Piotrek.
Chyba pomyślał, że jaja sobie z niego robimy.
- Piotruś? - nie dowierzał.
- To mój szwagier. Mąż Gosi. Pamiętasz Gosię?
Chyba pamiętał, bo uspokoił się trochę. Nie protestował, gdy garstką świeżego śniegu przemyliśmy mu czoło. Rana, choć krwawiła mocno, nie wyglądała groźnie. Uznaliśmy, że chyba można sobie darować telefon po karetkę.
- Zaprowadzimy cię do domu, dobrze?
Zabełkotał aprobująco, więc chwyciliśmy pijanego chrząszcza pod skrzydełka, ja z lewej, Grzebyś z prawej, i ruszyliśmy przez świeży, niezadeptany jeszcze śnieg. Krzysio starał się dzielnie przebierać nogami, ale ledwie zrobiliśmy kilka kroków zahamował. Zmarszczył czoło, wyzwalając nowy strumyczek krwi, napiął mięśnie i zadarł głowę na Grzebysia.
- Ktoś ty?
- Piotrek.
- Jaki Piotrek?
I tak co parę metrów trzeba mu było na nowo objaśniać rodzinne koligacje, po czym Krzysio potulniał, wiotczał w naszym uścisku i pozwalał się wieść ku białemu domkowi na górce, który był jego domem.

2011-05-27 22:52:27
skomentuj (2)



weekend (odcisk)

Agatko - mówię - zamknijmy na kluczyk nasz malutki koncetrationlager. Połóżmy krzyżyk na milenium, odetnijmy zasilanie, zgaśmy światła, wymknijmy się obławie.  
W piątkowy wieczór uciekam przez uroczyście puste miasto na el. Pachnie czeremcha.

2011-05-14 00:51:26
skomentuj (4)



bez awantur (groszkowe historie)

Któregoś dnia Lenka rączkami i nóżkami zapierała się przed wieczorną kąpielą. Był krzyk i płacz, tupanie nóżkami, drapanie pazurkami i cały arsenał środków, jakimi dysponuje trzyletnia dziewczynka. Gosia siłą ją rozebrała, siłą wrzuciła zabawki do wanny, siłą posadziła Lenkę w wodzie i siłą ją wykąpała. 

Nazajutrz wszyscy patrzą, a Lenka wieczorem sama drepcze do łazienki, ściąga ubranka i pakuje się do wanny. - Nie chcę żadnych awantur - pomrukuje do siebie.

2011-05-09 21:28:12
skomentuj (2)



śnieg w maju

Do żony jedzie, do szpitala. Z reklamówką wypchaną tak, że wygląda jak zielono-żółty balonik zaplątany w jego dłoń. Drugą, wolną dłonią, obsługuje papierosa.
  - Nic, cholera - kręci głową, natarczywie wpatrzony w zakręt za drzewami.
Stoimy na tym cholernym przystanku już drugą godzinę. Żeby choć cokolwiek do L., a tu nic, busiarza z kulawą nogą, pustka, próżnia, tylko śnieg wali z góry grubymi mokrymi płatami i oblepia liście niczym biała spadź. Ciężka manna z nieba.
- Nie jadę, nie da rady. Droga nieprzejezdna. Połamało drzewa - tłumaczy mi przez komórkę pan Jacek, busiarz.
- Nie pojedzie - przekazuję złe wieści facetowi z balonikiem.
- Cholera - wzdycha
Też wyciąga telefon, ale przystawia go do oka, nie do ucha. Wychyla się z wiaty, na chwilę zastyga w bezruchu.
- Zrobię zdjęcie, bo żona nie uwierzy - wyjaśnia z desperackim błyskiem w oku. - Powie, że nie chciało mi się jechać. No bo kto by pomyślał, że taki śnieg w maju...
Ale nie odchodzimy. Stoimy dzielnie. Jak w okopie na linii frontu - milcząc, jednym uchem nasłuchujemy pekaesowej odsieczy, drugim głuchych trzasków w koronach wierzb, lip i klonów. Gdy pęka konar, najpierw jest krótki gwałtowny pierd, szum osuwającego się na ziemię śniegu, a zaraz potem coś jakby łomot skrzydeł, łopot flag, pobożne westchnięcie.
Przygasa światło. Śnieg gęstnieje jak apokalipsa.
Nic nie jedzie.

2011-05-03 22:31:55
skomentuj (0)



mokre kołtuny (odcisk)

Odwraca się wszystko. Śnieg, który przypełzał aż tutaj, ma pod spodem wodę, wpuszczony z dworu kot mokre kołtuny sierści, a sen, który przeraził mnie i obudził - dziwny spokój, że będzie co będzie. Złe fronty atmosferyczne układają się ponad nami.
Noc jest podbita światłem.

2011-04-21 21:12:15
skomentuj (0)



wojaki

Najprawdopodobniej jakiś złośliwy szatan podstawił dziś na ul. Dworcową w L. białego busa z kompletem pasażerów. Jedno jedyne miejsce siedzące było, na samym końcu, nad bagażnikiem - usiadłem i zerknąłem ciekawie na boki. Dwa młode diabliki w bejsbolówkach miałem po lewej stronie, jeden młody diablik w bejsbolówce siedział po prawej.
- Nie będzie panu przeszkadzać? - uśmiechnął się ten z prawej przyjaźnie i podniósł w górę butelkę piwa Wojak.
Wzruszyłem ramionami. Więc oba biesy z lewej jak na komendę wyciągnęły spomiędzy kolan swoje Wojaki. Ledwie wytoczyliśmy się z Dworcowej cała trójka zgarnęła kosmatymi łapami kapsle i kuląc się za fotelami, nieśmiało, pociągnęła pierwszy łyk. Na zakręcie, gdy wyjeżdżaliśmy w Pocztową, miodowe światło latarni nieprzyjemnie zakolebało się we wnętrzu busa. Przez szklane ścianki pułapki, w którą złapał mnie los, patrzyłem rozpaczliwie na mijane przystanki miasta na el.
Na którymś wsiadł jeszcze jeden młody diablik,elegancki, z modną fryzurką, w modnym płaszczyku, z modną torbą przewieszoną przez ramię, bez Wojaka wprawdzie, ale pijany bardziej niż tamci kudłaci w bejsbolówkach. I zatarasował odwrót.
Za miastem zrobiło się o tyle lepiej, że światło przestało się przelewać między siedzeniami. Moi sąsiedzi już kompletnie bez skrępowania dopijali w półmroku swoje butelki i gadali, przekrzykując buczenie silnika. Elegancki chwiał się w przejściu, a z jego torby pac pac sypały się na podłogę podręczniki, zeszyty, długopisy, ołówki i pojedyncze kartki. Schylił się, aby to pozbierać, zgarnął kilka i pojął, że nie da rady, więc tylko przycisnął do piersi tę odrobinę, pozwalając reszcie walać się pod stopami pasażerów. W Z. okazało się, że nie wiadomo kiedy zanieczyścił pojazd.
- Panie kierowco, ten pan zwymiotował panu na siedzenie - zadenuncjował go jakiś życzliwy anioł.
  Diabły w bejsbolówkach zachichotały z wyższością i odłożyły puste butelki na podłogę.  

2011-04-15 22:49:48
skomentuj (0)



dlaczego tym autobusom się nie spieszy

Stoję na przystanku.
-Mamo, brzuch mnie boli - mówi mała dziewczynka.
- To dobrze się składa, bo tutaj niedaleko jest lekarz. Da ci zastrzyk i przestanie boleć.
Mała wygląda na sześć albo siedem lat. Ma różowe spodenki z pieskami na nogawkach i różowe buciki. Teraz się krzywi, ale nie płacze:
- O nie. Ja się ukłuć nie pozwolę.
- Żartowałam - uspokaja ją mama. - Żartowałam.Nie ma żadnego lekarza i nie pozwoliłabym cię ukłuć. A brzuszek pewnie cię boli dlatego, że jesteś głodna. Chcesz bułkę?
- To nie dlatego. Jak jestem głodna, to mi burczy, ale nie boli.
  Przytula się mocno. Popłakuje cichutko. Chwilę. Chwileczkę tylko. Potem dzielnie opanowawszy szloch wzdycha: 
- Ach, dlaczego tym autobusom się nie spieszy...

2011-04-14 22:08:00
skomentuj (1)



baranek boży

1.Budzę się w nocy, macam podłogę za butelką wody mineralnej, patrzę w ciemne okno, pusty oczodół miasta, czarną dziurę. Słucham, jak do mnie mówisz, Panie Boże, jak modlisz się za mnie do siebie. Żarliwie, histerycznie, w natchnieniu. Słucham tego spokojniejszy, że we mnie wierzysz, jak nauczycielka języka polskiego z podstawówki. I nawet jeśli te guzki na ręce, pod żebrem, na plecach to rak - nawet wtedy mnie nie opuścisz.
2. Miałem sen. W tym śnie była górka, po której wspinaliśmy się w jakiejś religijnej procesji. Ludzie śpiewali. Marysia szła bez wysiłku, moje nogi były jak drewniane kołki, ale powoli, zlany potem, półżywy z wysiłku, piąłem się a rozmodlonym tłumem. Po mojej prawej ręce były zasieki z suchych malin lub dzikiej róży a za nimi jacyś ludzie i ksiądz z O w koronkowej komży narzuconej na sutannę. Procesja zatrzymała się i zobaczyłem gdzieś tam, za dziką różą, w trawie misę z owocami. I chwilę potem, w przerażającym mgnieniu oka, księdza z siekierą nad głową i przytrzymywaną przez mężczyzn owcę.

2011-03-23 21:58:28
skomentuj (0)



szklarnia (odcisk)

Rozebraliśmy szklarnię - starą, jeszcze jasiową, konstrukcję z okien wymontowanych kilkanaście lat temu ze szkoły w Iwinach. Najpierw trzeba było zeskrobać resztki kitu i odgiąć gwoździki przy szybach, potem zdjąć szkło, tafla po tafli, w końcu podważyć breszką przegniłe na wylot ramy. I jeszcze pociąć drewno, zwieźć do piwnicy. Wiał wiatr i niósł w naszą stronę dym z ogniska na powitanie wiosny. Przyleciały szpaki - wielkim stadem chodziły po łące, dumne jak pawie. Słuchaliśmy PJ Harvey. Mańka mrużyła oczy. Do sterty drew GPS dokładał uparcie swój patyk - jego wzrok mówił: "Podnieś, odrzuć, ja przyniosę, będzie miło". Podnosiłem, odrzucałem, przynosił. Było. 

2011-03-05 19:35:58
skomentuj (0)



ciut-ciut (odcisk)

Ciemno jeszcze, a jakiś ptak za oknem się odzywa. Pewnie w kwestii słonecznika, którym postanowiłem zapracować na ornitologiczny raj. Kilka dni temu nabyłem sporą paczkę prażonego, aby podsypywać go wróbelkom i kosom, koso spoglądającym ze świerkowych zarośli. Ptactwo przywykło, że na balkonie u pjotruski można się pożywić. No a wczoraj wieczorem zapomniałem o uzupełnieniu zapasów w karmniku. Piekło mnie czeka ornitologiczne, nie raj.

2011-03-03 07:56:20
skomentuj (1)



w dołku

Dołek na śmierć. Malutką, mysią albo krecią. Można wykopać butem. Czubkiem buta. Pod warunkiem, oczywiście, że ziemia niezamarznięta. Jest.
Zimą trudniej. Ten opłatek lodu przy powierzchni nie puszcza. I trzeba uderzyć szpadlem. Kilka razy. A potem zakopać. Zasypać. Aby Mańka z Tykotem nie znalazły.

2011-02-01 21:32:01
skomentuj (2)



pejzaż (odcisk)

Miasto na zet dzisiaj jest białe, świetliste, niepokalane, bez psich kup, z ledwie zaznaczonym tropem na przestrzał osiedli i gustownie rozłożonymi chmurkami wokół kościelnych wież. Wszystko takie piękne jakby pan burmistrz osobiście nadzorował nocne opady śniegu, wybierał najjaśniejsze płatki, wyścielał puchem dachy i wytyczał proporcje. Głupio tak po prostu zadeptać ten pejzaż niosąc jakiś banalny worek na śmietnik lub klucząc wśród budynków w poszukiwaniu otwartej z sobotni poranek piekarni.

2011-01-22 22:47:55
skomentuj (1)



musca domestica

Mucha wyszła, smętna, zła, chodzi w tę i we w tę, pod klawiaturę, spod klawiatury, pod klawiaturę, spod klawiatury, skrzydła trzyma ciasno przy ciele, spięta. Albo histerycznie kładzie się na plecach, nóżkami do góry, umiera, umiera, umiera - a potem rozmyśla się, rozbrzęcza, rozkręca jak bączek lub zardzewiała karuzela, robi fikołek, wstaje, znowu chodzi. Znowu bezszelestna, przepraszająca, dyskretna, jak sublokator na kacu.
  Skąd ona u mnie? Sam byłem, co najwyżej z martwym w szparach, a tu nagle jakieś świętych obcowanie ciała zmartwychstanie końce światów. Och, Panie Boże, dotknij mnie Twoją łaską i pchnij w Tamtą Jasność.

2011-01-18 20:19:58
skomentuj (1)



wstrząsający dizajn by szejk before opening


księga gości JEŚLI CHCESZ HASŁO DO ARCHIWUM, NAPISZ TO TUTAJ

foto pjotruska

poczta

gg 6520935

RADIO

wybij okno sąsiada, niech on też POSŁUCHA:

 

2012
maj
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

 

nieco

niebo
yours
roxi
ika
muchomor
obudzenie n.
maryshka
nareszcie
senafer
ciastko z kokosem
paula
misiacy
ireo
maga
a-n-n-i-e
semiramis
zimno
agrafia
berenicca
triss
magdala

nieprzeszukane
farbnięci ...galeria
dada.terra ...musztarda leży na trawie
szejk ...mieszają ślicznie
pesto ..artyści rzucają koktajlem Mołotowa
fa-art ...masa się przewala
Ha!art ...Hubert publikuje więcej niż przed śmiercią
poemaart.pl ...wysypisko śmie(r)ci
limeryki ...rzekła żona do Nietszchego
świetliki ...ładnie tu, ładnie tu u pana
zielone brygady ...perły wśród wieprzy
słownik magiczny ...abrakadabra
sny ...to tylko się śni

niesamowitki
monty python ...bardzo dzielnie uciekał
jacek pałucha ...panowie i panie taplają się w błocie
variete ...obok wystawy cudów świata
siekiera ...żaden marny cel
grzegorz ciechowski ...ja jestem komórką
republika ...na satelitach gwiezdny pył
orkiestra na zdrowie ...źródło
rafał wojaczek ...musi być ktoś
jacek podsiadło ...wczesny zaangażowany
bohumil hrabal ...a to Hrabal właśnie
eugeniusz tkaczyszyn-dycki ...co nas wybawi od martwego brzegu
narogi i patrochy ...a to Polska własnie

 

blog.pl

 

 

 

statystyki www stat24 {smscontact}