ctmbsc. princessa i behemot

Tego wieczoru, gdy Mesjasz wrócił do miasta, Princessa stała na tarasie tancbudy „U Maksa” i ze złością stukała obcasikiem w burą terakotę. Nóżka w pantofelku była najpiękniejsza w całym powiecie, co od tygodnia poświadczały rzucona w kąt szafy szarfa i dyplom z wyborów Miss Ziemi Złotoryjskiej. Princessa nie potrzebowała ani szarfy, ani tym bardziej jakiegoś tandetnego zwitka, by znać swoją wartość. Odkąd zaczęły jej rosnąć piersi, wiedziała, że faceci ślinią się na jej widok. Chodziło tylko o tygodniową wycieczkę do Bułgarii – dla niej zgodziła się przeparadować w żółtym bikini przed bandą zboczeńców i dała się obłapiać Sponsorowi podczas żenująco długiej chwili dla fotoreporterów. To był kompromis. Kompromis. Pierwszy i ostatni w życiu. Czując, jak w rytmie fleszy ręka Sponsora niby przypadkiem zjeżdża po jej śliskim od olejku kręgosłupie na przykryty żółtym materiałem pośladek, Princessa przysięgła sobie, że od jutra będzie wieść życie bez kompromisów. Niech spieprzają ze swymi Złotymi Piaskami, z zestawami do masażu, z biżuterią Jabloneksu, z talonami do Rossmanna, z depilatorami stref intymnych od hurtowni betonu. Niech sobie wsadzą w dupę swoje profesjonalne portfolio na początek kariery w modelingu, prostownice do włosów, lokówki z Tesco, karnety na basen i do spa, cały ten upokarzający szajs dla mas.
Teraz, kiedy przechyla się przez balustradę tarasu – absolutnie bez najmniejszych samobójczych intencji, z dokładnie poukładanym planem na kilkanaście lat do przodu – wie, że tamten kompromis, dziewiczy kompromis, był błędem. Ale nie żałuje go. To coś w rodzaju koniecznych strat. Wydaje się jej nawet, że był niezbędny, bo wyzwolił w niej wściekłość i przyspieszył przepoczwarzenie się Małgoni w Princessę.
Główny sponsor konkursu piękności lepił się do niej jeszcze jakiś czas, podchodził z wódką i dwoma kieliszkami, bujał się na patyczkowatych nóżkach jak dmuchany baner reklamowy własnej firmy. Za pani urodę i moje pieniądze, Małgosiu, rechotał, niech się mnie pani nie boi, no, no, i po cóż skarbie tak uciekać od Władzia. Musiał być wyjątkowym bucem, bo kiedy na zapleczu przyszło do omawiania szczegółów, okazało się, że jej nagroda rozpłynęła się jak sen. Dyrektor ośrodka kultury chrząknął, przeprosił i wyjąkał, że zaszło takie małe nieporozumienie niestety, ale zamiast Złotych Piasków Miss Ziemi Złotoryjskiej może sobie wybrać, co woli: zwiedzanie Krakowa, Wieliczki i Oświęcimia z przewodnikiem lub tydzień plażowania w jakiejś dziurze w Lubuskiem. Takiego wała – pomyślała wtedy Princessa. Żadnych kompromisów.
Ale przed dyrektorem dygnęła słodko jak Małgonia:
- To ja się jeszcze zastanowię.
Princessa zastanawia się więc, czy kiedy Maks i Udar skopią Piotrusia, nie powinni dla wzmocnienia efektu wysmarować jego gównem audicy Sponsora. Niechby tatuś powąchał sobie, w jakie kwiatki wdepnął.
Jest piękna noc, naprawdę piękna, po deszczu. Świetliki i świerszcze, chrabąszcze, drżące gałązki brzóz, jak przezrocze, jak slajd z jej szczęśliwego dzieciństwa w domku na wsi, z mamą i tatą, z pieskiem i kotkiem. Tylko że ona nie ma już ochoty na takie sentymentalne życie a rebours. Już popaliła za sobą mosty, wyrzuciła do wody różowy pamiętniczek z kłódeczką na złoty kluczyk, album z pierwszej komunii, jakieś zasuszone kwiaty i listy, warkocz ośmiolatki, wszystkie zeszyty z wierszami (aż pięć, bo pani od polskiego powiedziała kiedyś, że ma talent).
Czując narastające zniecierpliwienie, Princessa postanawia przejść się i poszukać chłopaków w ogrodzie. To duży ogród. I stary, choć kilka lat temu rodzice Maksa wynajęli projektanta zieleni, by trochę go odmłodził. Pod topór poszły rosnące jak popadnie czterdziestoletnie renklody i złote renety, zastąpiły je regularne szpalery jałowców i tui ze ścieżkami spacerowymi i ławeczkami do odpoczynku. Princessa idzie kawałek po wyłożonej granitową kostką dróżce na tyłach budynku, a potem schodzi na mokrą trawę, bo wydaje jej się, że zza kępy jałowców słyszy głos Udara. Obcasy szpilek zapadają się w nawilgłą od deszczu ziemię, więc po chwili wahania ściąga je i z butami w obu rękach rusza dalej na bosaka. Mija altanę w wchodzi między grupę świerków. Światło latarni już tutaj nie sięga, ale noc jest jasna i dziewczyna widzi ciemniejsze zarysy drzew na granatowym tle. W oddali coś się porusza.
- Udar? – woła Princessa. Ale nie za głośno, żeby nie obudzić sąsiadów.
Nic. Żadnej odpowiedzi.
- Maks? – próbuje trochę głośniej. – Udar?
I wtedy bardziej przeczuwa niż słyszy szybki ruch za swoimi plecami, coś jakby bezgłośny trzask potartej o draskę zapałki, coś jakby niewidzialny błysk chłodu, który w jednej sekundzie mrozi ją do szpiku kości. Zanim Princessa zdąży się odwrócić, mechata, cuchnąca naftą łapa chwyta ją za głowę od tyłu i wpycha się do ust. W histerycznym spazmie wciąga do nozdrzy kłaki sierści
- Ciii – szepcze potwór. – Ciiichutko.
Czerwone szpilki wyślizgują się z dłoni Princessy i upadają, pac, pac, na trawnik. Jednocześnie dziewczyna wiotczeje i nieprzytomna, podtrzymywana delikatnie przez nieznajomego, osuwa się powoli obok butów.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „ctmbsc. princessa i behemot

  1. ~magda pisze:

    czekam na ciąg dalszy!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>