ctmbsc. piotruś i chłopaki (I)

Tego wieczoru, gdy Mesjasz wrócił do miasta, Maks i Udar najpierw owinęli Piotrusia taśmą klejącą, a potem wepchnęli do bagażnika tatusiowej audicy. Wyrywał się. Charczał. Kopał w blachę, kurdupel pogięty. Aż Udar stracił przyrodzoną mu anielską cierpliwość, podniósł ku niebiosom wielki jak kartofel paluch i pogroził Piotrusiowi wkładając w ten gest cały majestat posiadacza Złotej Karty Siłowni Atlas.

- Cicho kurwa bo zajębię ci – duszkiem rzucił dyszkancikiem.

Jedyne niezaklejone taśmą oko Piotrusia łypnęło niespokojnie na wzniesiony nad bagażnik paluch i trysnęło łzami. Choć z racji swej profesji Udar napatrzył się w życiu na płaczących mężczyzn, taki widok nigdy nie przestał robić na nim wrażenia. O ile w łzach kobiety widział zwykle wyłącznie aktorską sztuczkę, identyczny z technicznego punktu widzenia płacz mężczyzn fascynował go jako absolutnie ekstremalne, niedostępne mu doświadczenie. Udar zastygł więc nad otwartym bagażnikiem z przechyloną głową i zmarszczonymi brwiami. Zawisł tak niczym koliber nad kielichem orchidei; tylko skrzydełka serca uderzały mu siedemdziesiąt razy na minutę albo jeszcze szybciej. Gapił się, jak się Piotruś maże. Dopiero gdy Maks znalazł wśród frajerskich płyt pana prezesa jakąś fajną muzę, a samochodowe głośniki zapulsowały umpSK umpSK umpSK, oprzytomniał.

- No, teraz się pobujamy – westchnął i, trochę wbrew woli, z lekkim ociąganiem, zatrzasnął nad mazgajem klapę bagażnika.

Niebo zamknęło się nad Piotrusiem, nastała ciemność, straszna ogłuszająca ciemność, której nie przepędził nawet radosny głos wokalisty, śpiewającego, że umpSK umpSK ona tu jest i tańczy. Ze wszystkich sił próbował teraz nie myśleć o Niej. Pomyślał o Bogu. A potem o ojcu. O bogu ojcu, że właśnie zsikał się w jego samochodzie i elegancka grafitowa wykładzina nasiąka ciepłym moczem, co na bank mu się nie spodoba.

Niewiele było rzeczy, które ojciec – właściciel największej w powiecie hurtowni betonu – kochał bardziej od tego samochodu, a Piotruś z pewnością do nich nie należał. Trafił się panu prezesowi syn, trudno, trzeba go było odchować, zapewnić staranne wykształcenie et cetera. Ale przecież nie ma powodu, żeby rozsądny człowiek popadał w histerię z powodu jakiś genów,.rodzinnych więzi i tym podobnych bzdur – rozumował tatuś Piotrusia. Ogromny dom i pieniądze przez osiemnaście lat ułatwiały im koegzystencję. Chłopak nauczył się nie zawracać ojcu głowy, podobnie jak jego matka, która krótko po narodzinach syna odeszła z innym panem, darując zarówno hurtownikowi, jak i jego potomkowi, święty spokój. Po krótkim acz burzliwym małżeństwie prezes potrafił docenić jej dar. Uganiał się za spódniczkami, ale pilnował, by żadnej nie dać się usidlić. Tymczasem Piotruś chował się zdrowo, po męsku, bez tego całego cyrku ze zdmuchiwaniem świec z tortów i przekłuwaniem baloników w makdnonaldzie. Aż dziw, że wyrósł na mazgaja.

Udar nic do Piotrusia nie miał. Na swój sposób nawet go lubił. Żyli w symbiozie, jak dwa prymitywne organizmy: jeden zapewniał drugiemu pożywienie w zamian za ochronę. Tak było przez całe gimnazjum, dopóki drogi Piotrusia i Udara się nie rozeszły. Dzięki Princessie tego wieczoru mogli odnowić starą znajomość. W gruncie rzeczy Udarowi było przykro, że stało się to w mało sympatycznych okolicznościach.

Gdy zajął miejsce obok kierowcy, zauważył, że Maks założył pożyczone od Piotrusia lub jego taty okulary przeciwsłoneczne w złoconych oprawkach. Nie zwracając uwagi na Udara, w lusterku wstecznym ćwiczył swój holywoodzki uśmiech.

- Epika, nie, w tych binoklach? Wyglądam jak prezes młody bóg? – cmoknął do swego odbicia.

Udar uznał, że to nie było pytanie, więc nie zareagował. Nie lubił mówić. Elegancka gadka szmatka to nie jego specjalność. Gdy podrywali dziewczyny, to Maksiu gadał, a on tylko zalotnie prężył muskuły.

Ruszyli i przez kilkanaście minut obwozili Piotrusia po osiedlu, sadystycznie przyspieszając ilekroć napotykali na wpuszczone w asfalt spowalniacze. Jednokierunkowa ulica o rozpalającej wyobraźnię nazwie Nad Zalewem otaczała peerelowskie blokowisko, w połowie szare, w połowie przemalowane na karmelkowo. Kręcili się po niej w kółko jak na karuzeli, aż w końcu Maksowi zrobiło się niedobrze.

- Zjeżdżamy z tego wesołego miasteczka. Jedziemy po Princessę – zakomunikował, unosząc na czoło ciemne okulary i wyłączając odtwarzacz. Z bagażnika rozpaczliwie zadudniło.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>