ctmbsc. korowiow i chłopaki

Maks zauważył, że jakby dla równowagi świńskie oczka drugiego osobnika zmętniały, zwęziły się chytrze. Ich źrenice gwałtownie uniosły się ku górze i znieruchomiały wpatrzone w przyczepiony do stropu strzęp worka po cemencie. Na chwilę w garażu zapadła cisza. Przerwał ją teatralny, afektowany szept Korowiowa:
- Przepiękną jałowicą jest Egipt, lecz ściga ją bąk z północy. Także jego najemnicy wśród niej są jakby tucznymi jałowicami. Albowiem oni się również odwrócą, uciekną razem, nie wytrzymają. Nadchodzi bowiem dzień ich nieszczęścia, czas ich kary.
Sales Representative HA GENS GmbH westchnął, opuścił głowę, przymknął powieki, a kiedy je otworzył, oczy błyszczały mu od łez.
- A jednak świr – przemknęło Maksowi przez głowę. – Świr brzuchomówca. Z tresowanym kotem. Taaaa.
Świr pociągnął nosem Otarł twarz brudną chusteczką.
- Księga Jeremiasza. Bardzo piękna. Piękniejsza od tej przereklamowanej Apokalipsy św. Jana. Panowie czytali może?
Udar pokręcił głową.
- Warto. Naprawdę warto. Nawet jeśli panowie są niewierzący.
Korowiow nagle pacnął się otwartą dłonią w czoło, jakby w tej chwili coś sobie uświadomił. Uśmiechnął się szeroko.
- Zgadłem?
Maleńkie oczka przesuwały się od jednego do drugiego niczym wahadło metronomu. Zwykły uśmiech zamienił się w uśmiech oczekujący potwierdzenia. Główka wariata też kiwała się leciutko, jakby dla zachęty no, no, śmiało, nam można wszystko powiedzieć…
Behemot mruczał. Mrrr… Mrrr…
- Co? – nie zajarzył Udar.
- Jesteście panowie niewierzący?
- Aaa. No. Generalnie…
- Doskonale – uradował się Korowiow i spojrzał znacząco na kota. – To znacznie ułatwia sprawę.
Promienie zachodzącego słońca wdarły się przez małe okienko garażu. Zatopione w miodowozłotej poświacie postacie patykowatego iluzjonisty i krępego kocura stojącego nonszalancko na tylnych łapach wydały się Maksowi tak nierealne, że pomyślał z ulgą „To sen”. Sen się jednak nie poddawał.
- Bóg z jego kamiennymi tablicami i tymi wszystkimi „Nie będziesz cudzołożył. Nie będziesz kradzieży czynił. Nie będziesz mówił fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”…
Naśladując pankreatora Korowiow buczał zrzędliwie jak ów bąk z północy nad egipską jałowicą:
- … tylko mąci ludziom w głowie. Eh, starzy tak zawsze: „A nie idź tam, bo cię pobiją!” „A siedziałbyś w domu!” „A czemu ty tyle palisz?!”. „A nie słódź tyle!”. Tylko jęczą i jęczą. Mam rację, Behemot?
Kot zamruczał aprobująco.
- I to całe wielkie gadanie, że stworzył człowieka wolnym. Stworzyłeś wolnym? To teraz siedź cicho zamiast jęczęć bez przerwy jak stara baba!
Z utkwionym w suficie wzrokiem, który wszak zdał się przenikać żelbeton i sfery niebieskie, Korowiow zrobił przerwę na potakujący pomruk Behomota. A Maks poczuł, że to jest ten moment, żeby przejąć inicjatywę. Złożył dłonie i potarł je naśladując gest, którym robotnicy kończą fajrant.
- Dobra, gościu sales cośtamstatywie, kurwa. Fajne te twoje sztuczki, ładna kicia, i może kiedyś kupimy bileciki do waszego cyrku, ale teraz spadaj, bo my z kolegą mamy swoją robotę. A o Bogu to se ze świadkami Jehowy pogadaj. Na Kolejowej. Się posikają ze szczęścia jak sam do nich przyjdziesz, nie Udar? – Maks zarechotał obleśnie i mrugnął do kolegi. Zawahał się przez chwilę. Splunął pod buty. – Taaa. Daj trzy stówki za stłuczony przez zwierzaka reflektor i między nami będzie kwita, okej? – wycedził hardo, Uznał, że nie zaszkodzi przy okazji wycyckać idiotę z pieniędzy, jeśli cokolwiek ma przy sobie.
- Okej – powiedział Korowiow. Z kieszeni spodni wyjął gruby plik banknotów, odliczył trzysta złotych i podał Maksowi.
- A więcej pan nie chce?
- No niby tak, to nowe audi, wóz prosto z salonu. Jeszcze stówka? – zasugerował bezczelnie Maks.
- Myślałem raczej o trzystu tysiącach – uśmiechnął się obszarpaniec. – Jako zaliczce. I drugich trzystu po wykonaniu roboty. Jeśli, oczywiście, panowie zgodzicie się przyjąć nasze zlecenie.Behemot!
Kot, który podczas deklamatorskich popisów chudzielca podniósł z betonu drzazgę i z zapamiętaniem dłubał nią w zębach, skrzywił się. Splunął. Odrzuciwszy oślinioną namiastkę wykałaczki, niechętnie opadł na cztery łapy. Na czworaka wszedł pomiędzy Korowiowa a Maksa z Udarem, niemal ocierając się o ich nogi. Kumple patrzyli z niedowierzaniem, jak sales reprezentative układa na grzbiecie zwierzęcia, niczym na hebanowym stoliku, 12 zgniłozielonych paczuszek banknotów opasanych banderolami Narodowego Banku Polskiego. Czort jeden wie, skąd je wziął, bo przecież nie miał przy sobie żadnej walizki ani reklamówki. Pieniądze pojawiały się w jego dłoniach jak na iluzjonistycznym pokazie. „Efektowana sztuczka” – pomyślał Maks. Ale odkąd wziął do ręki jedną z paczuszek, poczuł jej wagę, zapach papieru i drukarskiej farby, a potem potarł palcem w poszukiwaniu wypukłych zabezpieczeń; odkąd zablikowała rozwiąźle w świetle jarzeniówki – wiedział, że pieniądze są prawdziwe, a ten, który rozłożył je na pokuszenie, to nie wariat ani cyrkowy błazen. To jego przeznaczenie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>