ctmbsc. piotruś

Tego wieczoru, gdy Mesjasz wrócił do miasta, Piotruś wydepilował sobie brwi. Zabierał się za to od soboty, to znaczy od dnia, gdy zauważył, że sztywne włoski zamiast układać się nad okiem w subtelne sploty, zaczęły się wynaturzać, degenerować, mierzwić nieelegancko. Geny – uznał ze smutkiem, gdyż brwi ojca były właśnie takie: prostackie, wulgarne, dzikie, jak u leśnego zwierzęcia w rui. Bolało. Starał się nie myśleć o bólu. Po prostu chwytał pincetą włos po włosku i wyrywał gwałtownym szarpnięciem. Ale oczy mimowolnie zachodziły mu łzami. Co jakiś czas musiał przerywać swe manewry, bo odbicie smutnego chłopca w okrągłym lusterku rozmazywało się, rozpływało we łzach.
Jak cały naród miał Piotruś niejeden powód do łez. Nie przebrzmiały jeszcze echa potwornej katastrofy, w której zginął pan prezydent z małżonką i elita polskich polityków. Na wrogiej ziemi, z podsmoleńskiego ugoru wciąż wygrzebywano szczątki ofiar, szczątki telefonów komórkowych, szczątki garderoby, guziki i kościane grzebienie. Gazety przedstawiały coraz to nowe dowody zdrady. Zwykli ludzie zostali sami. Nie było już papieża, a ten drugi, niemiecki, wszystkim, włącznie z prawdziwymi katolikami, wydawał się tanią podróbą. Nawet nie mówił po polsku, a co to za papież, który nie potrafi wypowiedzieć słów: „Stanisław”, „kremówki”, „niech żyje łupież”. I znowu przyszła powódź, i zabrała dobytek wielu rodzinom, zatopiła sto tysięcy domów, ludzie umierali w topieli, rzeki niosły zgubione lalki, trupy krów i kotów, wzdęte od biedy reklamówki z Biedronki. Ale mimo wszystko to nie bolało tak bardzo jak wyrywany z cebulką włos. I łzy Piotrusia, choć mimowolne, były szczere.
Zrobiwszy lewe oko, Piotruś uniósł lusterko i przyjrzał się krytycznie swojemu dziełu. W miejscu sterczącej na wszystkie strony brwi widział teraz ciemną kreskę, cieniutką, niemal szczątkową, lecz wciąż wyraźnie odznaczającą się na tle podrażnionej, zaczerwienionej skóry.
- Lepiej nie będzie – westchnął i dzielnie przystąpił do obrabiania prawego oka. Lusterko zdążyło trzy razy zajść łzami, gdy dotarł do połowy brwi i gdy musiał odłożyć pincetę. Ktoś dobijał się do drzwi na dole.
Dzwonek rozćwierkał się niczym grupka kosów w okresie godowym: tirlitirlitirlitirli. Przemawiające ptasimi głosami ustrojstwo zamontowane w przedpokoju mogło stanowić przedmiot psychoanalitycznych seansów. Razem ze ściennym zegarem z kukułką, telefonem komórkowym i paroma innymi gadżetami należącymi do ojca Piotrusia, dzwonek był świadectwem utajonych ornitologicznych ciągot pana domu. Z zasady daleki od romantycznych uniesień, trzeźwo stąpający po ziemi i absolutnie nieczuły na uroki przyrody prezes Władysław Oskwarek wykazywał zadziwiającą konsekwencję w podświadomym doborze tego rodzaju drobiazgów. Piał mu budzik na dzień dobry, po sowiemu pohukiwała komórka przy każdym esemesie, zegar w przedpokoju odkukiwał godzinę po godzinie, i znużony tą ptasią menażerią Piotruś myślał nieraz, że ojcu brakuje już może co najwyżej gumowej kaczuszki do kąpieli.
Z ptasim jazgotem w uszach Piotruś zbiegł po schodach. Przekręcił klucz. Otworzył drzwi. Trele ucichły. Dwie krępe postacie uśmiechnęły się do niego obłudnie.
- Hej – powiedział Maks i klepnął Piotrusia w ramię. – Możemy na chwileczkę?
Nie czekając na pozwolenie, odepchnął sierotę na bok i wcisnął się do przedpokoju. Za Maksem jak cień podążał Udar.
- Sam jesteś?
Piotruś skinął. Udając, że pociera czoło, zasłonił dłonią wydepilowaną do połowy brew. Usunął się w cień, by kosmetyczne zabiegi, jakim oddawał się przez ostatnią godzinę, mniej kuły gości w oczy. Wiedział, że to nie w ich guście. Ale Maks nie zwracał na niego uwagi. Nonszalancko rozglądał się dookoła. Wsadził głowę do kuchni. Powęszył. Podszedł do schodów, nieufnie zajrzał do góry. W końcu strzepnął popiół z papierosa na kapcie Piotrusia i spojrzał mu w oczy.
- Nie szkoda ci takiego pięknego popołudnia? – zapytał. – Bo nam szkoda, nie Udar? Dzień w sam raz na wycieczkę. Ptaszki, chmurki, kurwa, słoneczko. No to pożyczyliśmy auto od pana prezesa…
Tu Maks zamachał kluczykami Audi należącego do Władysława Oskwarka.
- …i przyjechaliśmy zabrać cię, kolego, na miłą wycieczkę.
Wystarczyło jedno mrugnięcie Maksa i Udar już był przy nim, już wykręcał Piotrusiowi rękę do tyłu, już trzymał w żelaznym uścisku głowę z nie do końca wydepilowanymi brwiami.
- No to pac – powiedział Maks i zamachnął się pięścią. Piotruś zwiotczał. Miękko osunął się na podłogę z tekowych desek.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „ctmbsc. piotruś

  1. ~bere pisze:

    to jest bardzo dobrze napisane. oraz wciąga.
    (miło czytać znowu)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>