ctmbsc. piotruś (cd)

Trzy razy tego wieczoru Piotruś tracił przytomność i trzy razy ją odzyskiwał. Pierwszy raz ocknął się, gdy chłopaki niosły go owiniętego taśmą klejącą do samochodu. Darł się „Ratunku! Ratunku!”, więc Maks niespiesznie odciął jeszcze kawałek plastra i zalepił mu usta, dla świętego spokoju. Pozbawiony możliwości formułowania werbalnych komunikatów, zaczął się ciskać jak wyrzucona na brzeg ryba – z trudem wepchnęli go do bagażnika. Nie spodziewali się takiej woli życia po ciocie. Posapując patrzyli jak skrępowanymi nogami wciąż kopie w blachę i podskakuje na boku, próbując odbić się, wybić, przebić, dać nura z brutalnej rzeczywistości w swój różowy oceanik. Nic z tego, rybeńko.

Udara zaczęło to wkurwiać.

- Cicho kurwa bo zajębię ci – pogroził mu paluszkiem i Piotruś zrobił się grzeczny.

Popłakiwał cicho, gdy Udar zatrzasnął klapę bagażnika. Zrobiło się ciemno. Mózg zadziałał jak filmowy projektor: od razu w tej ciemności zaczął wyświetlać sceny z filmów, w których gangsterzy wywożą takich jak Piotruś do lasu, wciskają im do ręki łopatę i każą kopać grób. W bagażniku łopaty nie było, może co najwyżej saperka wciśnięta pod koło zapasowe, ale to nic jeszcze nie znaczyło. Pewnie dół już jest przygotowany, w końcu wystarczył byle wykrot, rów, lisia jama, dzika żwirownia.

Te lasy – przypomniał sobie z kina – zawsze są żywiczne, intensywnie zielone, z cętkami światła jak w dyskotece. Z ciekawskimi sikorkami, przygladającymi się egzekucjom z gałęzi, z pryskającymi na boki iskrami wiewiórek, z kukułką powtarzającą swoje aż do obłędu. W tych lasach trawa błyszczy od rosy. Mech się ugina. Ziemia chrzęści i szeleszczy. Tu i ówdzie z pękniętego poszycia sterczy suchy korzeń, wysypują się żółte koraliki żwiru. Scieżka prowadzi przez bandaże pajęczyn, śluz slimaków, chrząszcze, meszki, oski; przez duszne chmury zapachu zalegające pod akacjami i czeremchami, w sam matecznik ciemności. Igły sosny, kolce jeżyn, gałązki głogu -wszystko się czepia życia. Dzyń dzyń dzyń wiatr porusza cichutko dzwoneczkami konwalii. Zbiegają się roje much. Mrówki chodzą po całym ciele.

Tak się umiera w filmach. Piotruś wiele razy wcześniej rozmyślał o śmierci. Garść tabletek nasennych wydawała mu się wówczas dość pociągającym rozwiązaniem. Zdarzały się dni, w których świadomość, że istnieje awaryjne wyjście – proste i bezbolesne – pomagała pozbierać się do kupy. Dopóki wybierał życie, śmierć jako pewna niegroźna ewentualność nie była straszna. Teraz, gdy nie miał żadnego wyboru, przerażała go tak, że posikał się ze strachu.

Wyobraził sobie, jak Maks i Udar, dopaliwszy papierosy, rzucają niedopałki do dołu, w którym leży. A potem kamienie, ziemię, liście i igliwie sypiące się z góry jak brudny śnieg. Korzeń brzozy pod lewym barkiem, grudkę gliny na czole, martwego żuka pogrzebanego razem z nim.

Bóg na to nie pozwoli. Zdziwiła go ta myśl. Nie miał pojęcia skąd się wzięła. Nie był specjalnie religijny. A tu nagle ni z tego, ni z owego Bóg. Absurdalna myśl o kimś, kto zasiadając hen na niebiesiech, kontroluje bieg wypadków, nad którymi on, Piotruś, zupełnie stracił kontrolę.”A jak tonąłem, to podsunął mi kamień pod stopę. A jak zgubiłem się w Krakowie, to poprowadził mnie przez obce miasto wprost pod wycieczkowy autobus. A jak uderzyl piorun, to nie w nasz dom” – przypominał sobie cud za cudem. Teraz też siwobrody starzec wyciągnął palec i trzymał go nad miastem, a Piotruś poczuł spokój.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>