janosz

Zabłąkał się. Szukał krawcowej, ale po wdrapaniu się na wysokie piętro stanął przed drzwiami redakcji i stracił orientację. Usłyszałem jak nieśmiało puka w drzwi. Otworzyłem. Lekko dyszał, pewnie przez tuszę.
- Długie – powiedział zamiast dzień dobry i uniósł długi rękaw granatowej bluzy, którą zręcznym ruchem wyciągnął z reklamówki. Patrzył jakoś dziwnie – dopiero po chwili zorientowałem się, że tęczówkę prawego oka przesłania mu biały krążek, jak u ślepego psa, który kiedyś błąkał się po moim osiedlu. Osobnik na progu miał gęstą brodę godną pirata, tu i ówdzie już nieco posiwiałą, okrągłą, ogorzałą od słońca twarz, tłuste kędziory wystające spod naciśniętej na głowę bejsbolówki.
Musiałem wyglądać na zaskoczonego.
- Krawiec? – upewnił się.
- Dziennikarz – pokręciłem głową. – Krawcowa jest piętro wyżej.
Z odrazą popatrzył na wskazane przeze mnie schody, ale nie ruszył się z miejsca. Raz jeszcze uniósł rękaw bluzy a palcami drugiej ręki wykonał kilka szybkich gestów naśladujących a to ostrza nożyczek, a to ruch igły. – Długie niedobre. Krawiec tnie, szyje…
Pokiwałem głową.
- Przepraszam, ja nie dobrze… po polsku. Ja Madziar. Wie co to Madziar?
- Węgier.
- No, Węgier. Madziar – rozpromienił się i z miejsca nabrał zainteresowania redakcją. – A to co? – powiódł wzrokiem po ścianach i biurku z komputerem.
- Redakcja.
Teraz on się zdziwił i zaraz ślepe oczko zrobiło się jakby większe. Pokazał na migi, że nie rozumie, więc podprowadziłem go pod stojak z gazetami. Wcisnąłem do ręki tygodnik. Przejechałem palcem po tytułach.
- Ja to piszę.
Użyłem archaicznego gestu udającego pisanie długopisem, bo wydał mi się bardziej elegancki niż wulgarne walenie w wyimaginowaną klawiaturę. Poważnie pokiwał głową:
- Pisarz.
Nie prostowałem. Żeby nie komplikować.
- A jak ma na imię? Ja Janosz…
- Piotr.
- Petr – zachwycił się. – Ty Petr, ja Janosz. Polak, Madziar, przyjaźń. Sąsiady.
Zupełnie zapomniał o krawcowej. Łamaną polszczyzną wyjaśnił mi, że mieszka w sąsiedniej kamienicy, i że te pulchne Cyganki w chustach i długich do ziemi spódnicach, za którymi nie raz oglądałem się na ulicy, to jego żona i córki.
I że ma „keramik” („Petr, wiesz co jest „keramik”), dobre, niemieckie „keramik”, które kosztuje „dużo euro”, ale dla przypieczętowania zawartej właśnie polsko-madziarskiej przyjaźni on mi to sprzeda za „niewiele złotych”.
Wyraziłem opinię, że być może szefowa będzie zainteresowana „niemieckim keramik”, bo ja nie za bardzo. Janosz się nie zraził. Schodząc kilka minut później od krawcowej zajrzał jeszcze raz do redakcji, by pokazać mi bluzę z za długimi rękawami („Nie przyjęła. Nie ma czasu”) i uprzedzić, że zaraz wróci z lepszym towarem.
Madziary są słowne. Wrócił. Z inną reklamówką. Wyłożył z niej na biurko dwa zafoliowane pudełeczka z napisem „BOOS”: jedno czarne, drugie szare. Cmoknął.
- Dużo euro w sklepie – pogładził czarne opakowanie i niemal równie czarnym paznokciem zdarł z niego folię. Wyjął czarny flakonik z męskimi perfumami. Czule przejechał palcem po wytłoczonych na czarnym szkle literach „B”, „O”, „O” i „S”, bym docenił jego towar. Strzyknął odrobiną płynu z flakonika na mój prawy nadgarstek i aż zamlaskał z ukontentowania.
- Nie trzeba dużo – zastrzegł niejednoznacznie. Nie miałem pewności, czy Janosz ma na myśli jakość perfum, czy może przystąpił do formułowania oferty handlowej.
Po chwili spryskany został również mój lewy nadgarstek. Stawiałem lekki opór, bo jak się okazało szare opakowanie zawierało flakon z wodą toaletową dla pań. Dość mdłą – przekonałem się poniewczasie.
- Dla żony – uśmiechał się Janosz. Dopiero teraz, gdy uznał, że zostałem dostatecznie odurzony mieszanką zapachów BOOS, jego oferta handlowa zaczęła nabierać konkretniejszego kształtu. – Oba tanio, Petr. Polak, Madziar, przyjaźń. Daj 150 złotych.
Pomyślałem, że wykpię się pokazując puste kieszenie.
- Janosz – spojrzałem mu w oczy, to martwe i to drugie, wpatrujące się we mnie z nadzieją, jaką w głodnym drapieżniku budzi przycupnięty na miedzy szarak. – Janosz, ja nie mam pieniędzy. Mam tylko to – wyciągnąłem z kieszeni spodni wygniecione banknoty. Żałosne trzydzieści złotych. Mój nowy znajomy cmoknął, ale tym razem z niedowierzaniem. Wziął z mych dłoni oba banknoty, aby im się bliżej przyjrzeć. Przez chwilę obracał je w palcach. Dycha. Dwudziestka.
Mówię: – Zabieraj to – i podaję mu pudełeczka z perfumami, ale on nie chce brać, znowu gada o przyjaźni polsko-węgierskiej.
- Jeszcze dwadzieścia złotych – proponuje. – Poszukaj.
Mówię: – To wszystko co mam – i na dowód wywalam zawartość kieszeni w kurtce. Jest tam jakaś dwuzłotówka i trochę kompletnej drobnicy. Janosz bierze je do dłoni, ogląda, cmoka i wzdycha, i widać, że boli go serce; że mocno zawiódł się na sile internacjonalistycznych więzi łączących nasze dwa narody.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>