GPS

W nocy spadł śnieg. Jeszcze nie odcisnęły się w nim buty gimnazjalistów, po które dopiero za pół godziny wyjedzie z Z. pomarańczowy autobus. Dopiero co przejechała piaskarka. Biało i cicho. Ani śladu psa. GPS przepadł. Kamień w wodę. Karmę z metalowej miski wyjadły mu jakies inne, obce psy. Jakieś bezdomne zło, które chodziło po uśpionej wiosce nie zostawiając śladów. – Dżipies – wołam bez przekonania i nie za głośno, by nie pobudzić Krupów. – Gdzieś tam jest – odpowiadają mi upiory. Ani śladu kota, ale o niego akurat jestem spokojny. Czarna Mańka przespała tę noc w łożku Marysi, od czasu do czasu wysuwając pazurki z aksamitnych poduszeczek na znak obecności. W moją twarz i dłonie też wbijają się drobne pazurki mrozu, gdy jako jednoosobowa brygada odśnieżająca sunę plastikową łopatą po chodniku. Plastik dudni o asfalt jak moje serce.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

obok tabarnakulum

Święty, Święty Pan Bóg Zastępów. On wiedział, że przychodzimy do kościoła nie dla modlitw czy pieśni, że przysypiamy na czytaniach, nudzą nas litanie, bolą kolana, nie pojmujemy nic a nic z całej tej liturgii i psu na budę ewangelizacyjny zapał księdza Gomulaka. Z respektem mijaliśmy wieczną lampkę nad tabarnakulum, przyklękaliśmy przy ołtarzu i pospiesznie uciekaliśmy w bok, na zaplecze jego kultu, w cyrkowe kulisy, spowite cieniem pakamery. Tu w komodzie nad zakrystą trzymano poprzecierane od ciągłego używania szaty liturgiczne. Po kątach stały wyjęte z ram obrazy i gipsowe, poobijane okrutnie, figurki z bożonarodzeniowej szopki. Zakurzone stosy starych mszałów i brewiarzy z pozłacanymi stronami. Fisharmonia. W skrzyniach leżakowały dziesiątki niedopałków ze świec. Pachniało woskiem, kadzidłem i kurzem. Czyż można się dziwić, że w tak zajmującym anturażu tajemnica Trójcy Świętej i inne boskie sekrety schodziły na dalszy plan? Wciskaliśmy klawisze, kręciliśmy gałkami, napieraliśmy na skórzane miechy, wygrzebywaliśmy spomiędzy świec ułomki paschałów datowanych na jakąś kompletną prehistorię. Dotykaliśmy ornatów tak starych, że nawet ich nie prano. Dotykaliśmy wargami szyjki butelki po mszalnym winie i pokruszonych komunantów.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

wstążeczki

Działo się to w czasach, kiedy na łąkach rósł złocień, marzanka wonna, turzyca pchla, wilżnia bezbronna. Stąpało się boso po dywanach z rdestu, wśród motyli, pszczół i koników polnych. Ile sił przez zboże uciekały spłoszone kuropatwy. Skowronek śpiewał jak podrzucony w górę kamień. Można było wsunąć dłoń w gorąca miedzę i dotknąć zajęczego miotu. Albo iść za ostatnią górkę, na której znajome, znaczone krowimi plackami drogi krzyżowały się z innymi, prowadzącymi na kraj świata. Do drzemki wystarczył stóg siana. Pragnienie koiło cierpkie jabłko z dziczki, polna jeżyna, łyk tłustego, świeżo udojonego mleka.
Rdest porastał też podwórka, zryte przez świnie i zadeptane kurzymi stópkami. Karmiły się nim gęsi, perliczki i kaczki, połykając razem z drobinami kwarcu, który potem nasze matki wypłukiwały z rozkrojonych żołądków. Złote cekiny słońca drgały na mokrych nadgarstkach kobiet. Tego migotania szukaliśmy niekiedy w czeluściach studni. Czerpana wiadrem woda dla krów pachniała mchem, który wyścielał od środka cembrowinę z bloków piaskowca. Wlewaliśmy ją do śliskiego od glonów koryta. Często razem z żukami, podobnymi do pływających czarnych pinezek.
W ogromnych otworzonych na przestrzał stodołach stały snopowiązałki, młockarnie, sieczkarnie, wialnie i śrutowniki. Ich pokraczne cielska, przywodzące na myśl zamorskie bestie, rzadko pachniały nowością. Na ogół zdążyła je pokryć warstwa zmieszanego ze smarem pyłu, utrudniając odczytanie pisanych szwabachą nazw fabryk, w których przyszły na świat.
Obcy język brzmiał obco i wrogo. Wygnani z raju starcy nie wierzyli jeszcze, że ta ziemia – urządzona po niemiecku, schludna i żyzna – jest im dana na zawsze. Wrażenie tymczasowości nie opuszczało ich, gdy wiosną bielili pnie zasadzonych przez nieznajomego drzew a jesienią zamiast niego zbierali owoce na przetwory. Nowe życie zdawało się mieć krótką, najwyżej kilkumiesięczną perspektywę.
Dlatego gdy deszcze wypłukiwały zaprawę spomiędzy cegieł, rzadko kto był na tyle zapobiegliwy lub wspaniałomyślny, by uzupełnić ubytki. Dziurę po stłuczonej dachówce zaklejało się plastrem blachy a na niemalowane płoty pięła się wilgoć i nasturcje. Albo rdza, zwłaszcza u tych nuworyszy, którzy znaleźli pracę na kopalni i z czasem postanowili odgrodzić się od reszty przemyconą z dołu siatką do kotwienia stropów.
To była dobra ziemia. Wielka woda nie miała tu przystępu. Błyskawice waliły w inne domy, hen za granicami. Na pegeerowskich lakach rosły latem pieczarki. Wystarczyło wejść w las, by uzbierać koszyk prawdziwków, kankę jagód i poziomek. Rano pobrzękiwały bańki z mlekiem, odwożone na furmance do zlewni. W upalne południa pszczelarze tłukli metalem o metal, by okiełznać rojące się pszczoły. Wieczorem od pól niosło się ryczenie krów, pozostawionych na noc na pastwiskach, a wraz z ciemnością na wieś spadał obłąkańczy grzechot cykad. Wtedy zapalał się księżyc, jaśniejszy i większy niż kiedykolwiek.
Skądś, z jakiegoś zaświatu, przyjeżdżały niebieskie jelcze zwane ogórkami. Te najstarsze miały doczepioną przyczepę. Na chwilę zatrzymywały się na przystankach, posapując z wysiłku. Z przodu siedziała konduktorka, która w skórzanej teczce trzymała pospinane żabkami pliki biletów. Przyrządem, który przypominał kombinerki, wycinała w papierze tajemnicze kombinacje dziurek. Zapewne gdyby nie surowy regulamin biletowania, potrafiłaby zamienić je w kurpiowskie wycinanki lub inne cuda.
Bóg siedział na obłoku, z Ziemią pod łokciem, maleńką jak niebieski balonik lub piłka plażowa. Wokół nie przestawał dokazywać tabun goluteńkich, pyzatych cherubinków, Mojżesz tłukł się ze swoimi tablicami, Aaron puszczał bucha z kadzielnicy – Pan Zastępów nic sobie z tego nie robił. Nawet w najtęższe wichury, kiedy sklepienie kościoła stękało razem z wiernymi, w jego długiej brązowej brodzie nie drżał jeden włos. Pozostawała doskonała, dostojna, jakże odmienna od chimerycznego owłosienia naszych ojców, którzy bali się ruszyć z domu bez grzebienia i lusterka w tylnej kieszeni spodni. Podczas nabożeństw Bóg marszczył brwi i toczył nieobecnym wzrokiem ponad głowami śmiertelników. Czasem nagle odmłodniały kładł się na krzyżu, a wtedy w jego jasne dłonie i stopy wplątywały się bezwonne wstążeczki krwi. Innym razem jako gołębica muskał koniuszkami skrzydeł naszych czół. I tyleśmy go widzieli.
Babki mówiły nam, że cierpi, gdy nie klękamy do pacierza i, znudzeni kazaniem, niecierpliwie kręcimy się w kościele. Ciągały nas pod krucyfiksy, na których broczył świeżą krwią. Ruchem głowy pokazywały drobne, podobne do plam wątrobianych ranki, które nasze czyny pozostawiają na emalii, na emalii. Powtarzając „W imię Ojca i Syna…” uczyły ciągnąć ręką od czoła do piersi, somnambulicznie wodzić nią między lewym a prawym ramieniem, aż w końcu gdzieś w okolicy serca dłoń napotykała na dłoń i palce splatały się z palcami.
Oddychaliśmy, gdy ryzykując zniszczenie świątecznego ubrania pozwalały nam biec przez wieś po gorącym, lepkim asfalcie. Podnosiliśmy z Drogi ślimaki i gąsienice, martwe motyle i ważki. Podskakiwaliśmy, by sięgnąć żywicznych szyszek. Jednym susem przesadzaliśmy kałuże wielkie jak ocean. W końcu wbiegaliśmy na stadion, między wiwatujący tłum, czubkiem buta kopiąc do bramki obtłuczone jabłuszko.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

ctmbsc. princessa i behemot

Tego wieczoru, gdy Mesjasz wrócił do miasta, Princessa stała na tarasie tancbudy „U Maksa” i ze złością stukała obcasikiem w burą terakotę. Nóżka w pantofelku była najpiękniejsza w całym powiecie, co od tygodnia poświadczały rzucona w kąt szafy szarfa i dyplom z wyborów Miss Ziemi Złotoryjskiej. Princessa nie potrzebowała ani szarfy, ani tym bardziej jakiegoś tandetnego zwitka, by znać swoją wartość. Odkąd zaczęły jej rosnąć piersi, wiedziała, że faceci ślinią się na jej widok. Chodziło tylko o tygodniową wycieczkę do Bułgarii – dla niej zgodziła się przeparadować w żółtym bikini przed bandą zboczeńców i dała się obłapiać Sponsorowi podczas żenująco długiej chwili dla fotoreporterów. To był kompromis. Kompromis. Pierwszy i ostatni w życiu. Czując, jak w rytmie fleszy ręka Sponsora niby przypadkiem zjeżdża po jej śliskim od olejku kręgosłupie na przykryty żółtym materiałem pośladek, Princessa przysięgła sobie, że od jutra będzie wieść życie bez kompromisów. Niech spieprzają ze swymi Złotymi Piaskami, z zestawami do masażu, z biżuterią Jabloneksu, z talonami do Rossmanna, z depilatorami stref intymnych od hurtowni betonu. Niech sobie wsadzą w dupę swoje profesjonalne portfolio na początek kariery w modelingu, prostownice do włosów, lokówki z Tesco, karnety na basen i do spa, cały ten upokarzający szajs dla mas.
Teraz, kiedy przechyla się przez balustradę tarasu – absolutnie bez najmniejszych samobójczych intencji, z dokładnie poukładanym planem na kilkanaście lat do przodu – wie, że tamten kompromis, dziewiczy kompromis, był błędem. Ale nie żałuje go. To coś w rodzaju koniecznych strat. Wydaje się jej nawet, że był niezbędny, bo wyzwolił w niej wściekłość i przyspieszył przepoczwarzenie się Małgoni w Princessę.
Główny sponsor konkursu piękności lepił się do niej jeszcze jakiś czas, podchodził z wódką i dwoma kieliszkami, bujał się na patyczkowatych nóżkach jak dmuchany baner reklamowy własnej firmy. Za pani urodę i moje pieniądze, Małgosiu, rechotał, niech się mnie pani nie boi, no, no, i po cóż skarbie tak uciekać od Władzia. Musiał być wyjątkowym bucem, bo kiedy na zapleczu przyszło do omawiania szczegółów, okazało się, że jej nagroda rozpłynęła się jak sen. Dyrektor ośrodka kultury chrząknął, przeprosił i wyjąkał, że zaszło takie małe nieporozumienie niestety, ale zamiast Złotych Piasków Miss Ziemi Złotoryjskiej może sobie wybrać, co woli: zwiedzanie Krakowa, Wieliczki i Oświęcimia z przewodnikiem lub tydzień plażowania w jakiejś dziurze w Lubuskiem. Takiego wała – pomyślała wtedy Princessa. Żadnych kompromisów.
Ale przed dyrektorem dygnęła słodko jak Małgonia:
- To ja się jeszcze zastanowię.
Princessa zastanawia się więc, czy kiedy Maks i Udar skopią Piotrusia, nie powinni dla wzmocnienia efektu wysmarować jego gównem audicy Sponsora. Niechby tatuś powąchał sobie, w jakie kwiatki wdepnął.
Jest piękna noc, naprawdę piękna, po deszczu. Świetliki i świerszcze, chrabąszcze, drżące gałązki brzóz, jak przezrocze, jak slajd z jej szczęśliwego dzieciństwa w domku na wsi, z mamą i tatą, z pieskiem i kotkiem. Tylko że ona nie ma już ochoty na takie sentymentalne życie a rebours. Już popaliła za sobą mosty, wyrzuciła do wody różowy pamiętniczek z kłódeczką na złoty kluczyk, album z pierwszej komunii, jakieś zasuszone kwiaty i listy, warkocz ośmiolatki, wszystkie zeszyty z wierszami (aż pięć, bo pani od polskiego powiedziała kiedyś, że ma talent).
Czując narastające zniecierpliwienie, Princessa postanawia przejść się i poszukać chłopaków w ogrodzie. To duży ogród. I stary, choć kilka lat temu rodzice Maksa wynajęli projektanta zieleni, by trochę go odmłodził. Pod topór poszły rosnące jak popadnie czterdziestoletnie renklody i złote renety, zastąpiły je regularne szpalery jałowców i tui ze ścieżkami spacerowymi i ławeczkami do odpoczynku. Princessa idzie kawałek po wyłożonej granitową kostką dróżce na tyłach budynku, a potem schodzi na mokrą trawę, bo wydaje jej się, że zza kępy jałowców słyszy głos Udara. Obcasy szpilek zapadają się w nawilgłą od deszczu ziemię, więc po chwili wahania ściąga je i z butami w obu rękach rusza dalej na bosaka. Mija altanę w wchodzi między grupę świerków. Światło latarni już tutaj nie sięga, ale noc jest jasna i dziewczyna widzi ciemniejsze zarysy drzew na granatowym tle. W oddali coś się porusza.
- Udar? – woła Princessa. Ale nie za głośno, żeby nie obudzić sąsiadów.
Nic. Żadnej odpowiedzi.
- Maks? – próbuje trochę głośniej. – Udar?
I wtedy bardziej przeczuwa niż słyszy szybki ruch za swoimi plecami, coś jakby bezgłośny trzask potartej o draskę zapałki, coś jakby niewidzialny błysk chłodu, który w jednej sekundzie mrozi ją do szpiku kości. Zanim Princessa zdąży się odwrócić, mechata, cuchnąca naftą łapa chwyta ją za głowę od tyłu i wpycha się do ust. W histerycznym spazmie wciąga do nozdrzy kłaki sierści
- Ciii – szepcze potwór. – Ciiichutko.
Czerwone szpilki wyślizgują się z dłoni Princessy i upadają, pac, pac, na trawnik. Jednocześnie dziewczyna wiotczeje i nieprzytomna, podtrzymywana delikatnie przez nieznajomego, osuwa się powoli obok butów.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

zielone kamyki

W mieście na el śnieg spłynął do kanalizacji. W mieście na zet wciąż trzyma się na powierzchni, zmrożony, cieniutki jak opłatek. Z łatwością podnosi go ku słońcu silna, mimo wszystko, trawa. Bez lęku zadeptują go staruszkowie. Wchodzą w okręg innych, drobniejszych tropów, jakby dzieci, jakby ptaków. Nieregularne żółte plamy świadczą, że były tu już psy.
Tyle zostało ze świętej soboty, kiedy wyciągnąłem szczerbate grabie do siana, by strącać śnieg z gałęzi sosny, przygiętych ku ziemi jak na koniec świata.Trącone odlatywały w górę. Głupiutki GPS chodził grzechocząc koralikami z lodu przylepionymi do sierści. Obskakiwał mnie jak zawsze, kiedy jest szczęśliwy. Węszył w zaspie za rzuconymi w jego stronę śnieżkami. Sikorki latały jak zielone kamyki. Róże nie zdążyły schować kwiatów. Szymon wyjrzał przez okno w dachu i pomachał do nas:
- Ale fajnie.
Przez biały bezkres wytyczaliśmy z Polem ścieżki do miejsc najważniejszych: garażu, stolarni, drewutni, w sad, gdzie mróz ściął sok w przepysznych golden deliciousach.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

czerwień (I)

O świcie szóstego sierpnia 2005 roku kruczowłosa bizneswomen podobna do wielkiego żuka wypełzła na pusty peron w Środzie Śląskiej. Stuknęła obcasikiem, obciągnęła beżowy kostium, rozejrzała się niepewnie i bez przekonania ruszyła w stronę poczekalni, ciągnąc za sobą walizkę na kółkach. Walizka była designerska, w tym otoczeniu absurdalnie elegancka, przypominała przenośny skórzany sejf z białej skóry. Wkurzała, cholernie wkurzała. I miasteczko naprężyło długie cienie, aby połknąć ją przez sen razem z właścicielką. Turkot kółeczek po bruku cichł, aż w końcu pozostało po nim tylko echo i gargantuiczny strach przed sepiowymi zaułkami, podświetlanymi wschodzącym słońcem.
Pociąg z Węglińca stał jeszcze chwilę wśród niskich, posklejanych ze sobą na chybił trafił budyneczków – nieruchomy i cichy, tak że można by go wziąć za widmo, gdyby nie młoda konduktorka wychylona z drzwi w ostatnim wagonie. Połyskując aparatem na zęby szczebiotała radośnie do grubej zawiadowczyni, a wiatr -pierwszy od wielu dni – rozwiewał jej jasne, krótkie włosy. Nie była piękna; bladooka, zbyt chuda, niezgrabna, w za dużym mundurze, który zamiast tuszować chłopięcą sylwetkę sprawiał wrażenie, jakby pod nim wogóle nie było ciała.
Jej zgryz był przedmiotem drwin przez całe technikum. Wołali za nią Krajzega. Szybko oduczyła się uśmiechać, skuliła się, weszła w siebie jak zakrzywiony paznokieć. Odżyła odkąd zaczęła pracę na kolei – nareszcie była po prostu Haliną. Już po miesiącu sprawiła sobie aparat na zęby, po raz pierwszy ignorując nadopiekuńczą matkę, przekonaną, że córce zupełnie odbiło. Lubiła teraz przed wyjściem do pracy pociągnąć palcem po metalowej obręczy, dającej złudzenie, że w końcu zapanowała nad swym życiem.
Problem w tym, że pod jej panowaniem zrobiło się spokojne i nudne jak koń na maneżu. Zamieniło się nie mający końca ciąg przedziałów, w głuchy klik kasownika, jakby dziurawiąc bilety potwierdzała autentyczność każdej sekundy swego życia i jednocześnie unieważniała jedną po drugiej. Jeszcze za szkolnych lat dotykała się w kroku, wyobrażając sobie, że w którymś z dalekich miast czeka na nią ktoś przystojny jak Jezus. Teraz nanizane na szyny, odpychająco banalne i podobne do siebie, nużyły jak różaniec. W niczym nie przypominały zasnutych błękitnym oparem, rozświetlonych neonami metropolii z seriali. Halina wracała do domu zmęczona, piła za słodką herbatę parzoną przez matkę i bez pacierza zasypiała na wersalce w swym dziecięcym pokoiku z różowymi tapetami.
Jezusa nie było. Przestała go wypatrywać, kiedy uświadomiła sobie, że z perspektywy gnanego rozkładem jazdy pociągu mijane miejscowości mogą być tylko makietami miast a ludzie manekinami poruszanymi zmyślnym mechanizmem. Zaczęła przyglądać się podjerzliwie sielskim pejzażom i dostrzegła szczegóły demaskujące tę niby Polskę: obłażącą kolejnymi warstwami tekturę zamiast tynku, wyblakły papier z elewacji, sztuczne kwiaty na rabatach, druciany stelaż chmur, próżnię pod dachem kościoła, metki „made in China”- nieobcięte przez niedopatrzenie. Gdziekolwiek uchyliła okno, powietrze pachniało chemią. I jej mundur też. Już wcale nie wydawała się sobie bardziej prawdziwa niż tłum oglądany przez szybę ze służbowego przedziału. Dlatego przesuwając palcem po aparacie na zębach czuła teraz wyłącznie znużenie i bezsilność.
W domu z rezygnacją zmywała złuszczony lakier z paznokci i wcierała w twarz nową porcję kremu na noc, rozpoznając w tych prostych mechanicznych czynnościach gesty archetypicznych kobiet z telewizyjnych reklam. Formuły zaklęć zasłyszanych pomiędzy jednym a drugim serialem – revitalift, perfect mousse, nutrium moisture, all-in-1, gamma-tocotrienol – straciły moc, już w nie nie wierzyła, a jednak nie wyrzekła się starych praktyk. Pachnąca prawdziwą kobietą, w wyprasowanym mundurze i z wypielęgnowanymi paznokciami, stawiała się na dyżur. Firma wymagała od niej uprzejmości, więc jak zwykły robot do sprawdzania biletów ćwiczyła sztuczny uśmiech, podpatrzony w spotach banków i towarzystw ubezpieczeniowych. Tylko czasem w grymasie na twarzach pasażerów rozpoznawała kalkę własnych uczuć. Miała ochotę objąć ich i przytulić. Nigdy tego nie zrobiła.
Na kilka tygodni przed śmiercią matki, pomyślała więc, że nie ma i nigdy nie będzie miała nikogo bliższego od tej starej zrzędliwej kobiety. Za ramę ślubnego monidła, obok swego zdjęcia, wsunęła starą fotografię zrobioną w latach pięcdziesiątych w jakimś prowincjonalnym atelier. Jej matka, wówczas kilkuletnia, szczerzyła do obiektywu zęby krzywe jak w krajzedze, a w tle przechadzały się dumnie kogut i kury, odmalowane z dbałością o szczegóły. Halinę rozczulało, że oglądając serial w telewizji płaczą w tych samych momentach, a kiedy zaczyna padać deszcz, w taki sam sposób kulą się przed smagnięciami chłodnych kropel. Uświadomiła sobie, że obie zawsze lubiły niebieski kolor, zupę pomidorową, zapach maciejki i mocno gazowaną wodę mineralną. Po otwarciu bombonierki wyciągały ręce po tę samą czekoladkę. Ich buty zawsze miały obcasy starte w tych samych miejscach. Tak, były dwiema wersjami tego samego modelu. W wyobraźni próbowała przetransponować siatkę zmarszczek, wątrobianych plam, blizn i znamion matki na swoją, jeszcze gładką, skórę. Roztkliwiona, znów jak mała dziewczynka zasypiała przytulona do jej pleców, starając się nie ulec panice, że jeśli jedna z nich umrze, druga zostanie zupełnie sama. Któregoś rana obudził ją chłód stygnącego ciała. Ku swemu zdumieniu, zaraz po strachu i żalu poczuła ulgę. Zawstydziła się tego uczucia.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

już już

Już. Już. Pora się obudzić. W radiu nowe wiadomości. Nowy dzień. Krzątanina za oknem, ludzkie głosy, trzaskanie drzwi samochodów. Ptaki. Koty. Owady. Zmartwychwstałeś, bo we mnie wierzyłeś. W sen marę.
Zobacz, światło przesuwa się po źrenicy jak ostrze noża.
Kocie ruchy.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

szczepan

Zajechaliśmy do J. Paradnie zajechaliśmy, nowym jeepem Julka, ja z Kanadyjczykami. Chcieli to ich poprowadziłem.
- Sami byśmy chyba nie trafili.
Dom stryjka Szczepana okazał się mniejszy niż pamiętałem. Jakby zapadał się w ziemię, kurczył razem z całym podwórkiem. Nawet wielkie drzewa, rosnące tu od mitycznego dzieciństwa, nie były wcale wielkie, ot trochę większe od innych. Tylko trawa bujniejsza niż kiedyś, bo niezadeptana przez krowy czy kozy. Stryjek siedział pod jabłonią, z koroną jabłek tuż nad głową, jak jakiś święty. Siedział przy prostym zbitym z desek stole, razem z dwoma innymi świętymi. Grali w karty, nieruchomi i poważni. Niedopite piwo wietrzało z otwartych butelek, papierosy przygasały w ustach.
Ożyli gdy wysiadłem z samochodu, by otworzyć bramę. Drgnęli, wyrwali się ze stuporu, położyli karty na stół i ukradm cisnęli niedopałki pod buty. Szczepan wstał. Szedł do nas, pochylając głowę pod gałęziami, ostrożnie stawiając stopy pośród gnijących owoców. Roje os poderwały się do lotu.
- Poznajesz stryjku, kogo ci przywiozłem?
Zmrużył oczy.
- No jak bym nie poznał – wymamrotał cicho, jakby do siebie. – Julian i Bożenka.
Machnął do kumpli, żeby grali sami, a nas pociagnął w jasną sień. 

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

giez bazyli

Giez Bazyli gdy był młody
za nic nie chciał wejść do wody.
„Częste mycie skraca życie”
mawiał i krył się w pszenżycie.
Na swą tezę miał dowody:
1. motyl, który wpadł do wody
stracił pyłek na organach.
co służyły do latania;
2. ten murzynek od Tuwima
skończył jako popelina;
3. glista zanurzona w stawie
nie wygląda już ciekawie
gdy ją wędkarz z wody wyjmie;
4. brud co prosi „Zmyj mnie, zmyj mnie”
z mydlinami w kanał rusza.
5. stonka – mały żuczek z USA -
z liścia spada gdy deszcz pada.
W glebie chroni się w potrzebie,
bo ma dość oleju we łbie.
Lud ją wielbi nie bez racji:
wyższy próg cywilizacji.
I niejeden świadczy annał,
że higiena to jest kanał.

Te poglądy wśród stworzenia
nie znalazły zrozumienia
Więc Bazyli w swym pszenżycie
życie wieść zamierzał skrycie.
I faktycznie: cała łąka
miesiąc nie widziała bąka.
A giez w zbożu miał co chciał,
fruwał, skakał, leżał, spał,
i nie tracił animuszu,
bo nie kazał mu nikt uszu
ani rąk myć. Nic a nic.
No a zdrowy był jak rydz.

Aby przeżyć należycie
życie w życie to musicie
wiedzieć po co jest to życie.

Identycznie jest w pszenżycie.
Giez Bazyli wiedział jedno:
brud stanowi życia sedno.
Jadł co było, spał gdzie padł, uuu,
kochał ten wariacki paduł.
Kiedy tropił zwierząt grupkę
to bywało wdepnął w kupkę.
Zaprzyjaźnił się z gnojarzem,
tak się dobrze czuli razem.
Raz w hamaku zbijał bąki,
omotały go pająki
i choć porwał im tę sieć
lepił się jak śnięty śledź.
A gdy wąchał się przed snem
raczej nie pachniało bzem.
Nie przejmował się tym nic.
To jest życie a nie pic.

Król zarządził w końcu żniwa.
Ścięto zboże. Cóż, tak bywa.
Bazyl zbudził się na rżysku.
Chwilę szczypał się po pysku,
zanim pojął co się stało.
Katastrofa jakich mało.
Westchnął zatem: „Biada, biada,
pora wracać mi do stada.
Długo żyłem jak należy
wzór stanowiąc dla młodzieży.
Ni kałuża, ni miednica
nie odbiły mego lica.
Wszystko jednak ma swój finał
więc nie będę już przeginał”.
Po miesiącu bez H2O
giez wyglądał jak kakao
zaszły również inne zmiany:
zbuntowały się organy,
Bazylego bolał brzuszek,
swędział łepek i pępuszek
a od niedomytych pach
puchł zapach.
Puchł zapach.
Taki duch
Szybko zwabił setki much.
Gdy obsiadły Bazylego
Nic nie robił sobie z tego
znosił dzielnie ich odruchy
i stał – żywy lep na muchy.

Gdy wieść o tym się rozniosła,
wszyscy mieli go za osła.
Zwłaszcza, że król ukochany
zaraz kazał gza w kajdany
zakuć, aby wykorzystać woń
jako biologiczną broń.
przeciw wstrętnej hordzie much,
tak solidnie śmierdział zuch.
Kogo los Bazyla wzruszył,
niech wie: ściany mają uszy,
no a uszy te słyszały
rozkaz cały. Arcysprytny. Arcyśmiały.
” Ja, pan na kozowskich łąkach,
wychowawca tego bąka,
rozkazuję by Bazyli,
aż do pierwszej w wannie chwili
służył jako lep na muchy.
W stajni go wywieście, nuże,
niech podynda trochę w górze”.
Miał bączyna powodzenie:
muchy lgnęły doń szalenie
przez intrygującą woń.
Za to lżył go wół i koń,
a kobyła rżała w głos,
uszczelniwszy wcześniej nos.
Smutna była to kompania,
co skłaniała do kąpania.
Rychło giez zapragnął wody.
Krótko znosił niewygody,
lecz naukę zapamiętał:
mył się co dzień, nie od święta.

To nauka dla was, dzieci
Bazyl niech przykładem świeci,
dla tych, co się boją wody.
A Czytelnik już niemłody
jaką lekcję dostał w bajce?
Są dwie. Obu posłuchajcie:
1. Każda heca ma swój finał,
lepiej abyś nie przeginał.
2. Gdy chcesz pożyć radykalnie
zważ, czy innym będzie fajnie.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

koń trojański i inne techniki prowadzenia małych wojen

Ryją pod nami. Myszy, krety, nornice, mrówki i Bóg wie co jeszcze. Marysia przekłuwa kijem skorupkę Ziemi i odkrywa ich pokrętne labirynty, sekretne korytarze, tajne przejścia poprowadzone między światem zwierząt a światem ludzi. Pół biedy, gdyby omijały kruche korzenie powojników i glicynii, kłącza piwonii, delikatny nerw ogrodu. Więdnące pędy białych clematisów są jak wypowiedzenie wojny.
- Albo my, albo one – potakuję, gdy Marysia rozsypuje po rabacie drobną jak sól truciznę na mrówki. Przeniosą ją do gniazda i umrą.
Na nornice i krety są inne sposoby: sierść psa na postrach wepchnięta w podziemny korytarz, wiatraczki z plastikowych butelek klekoczące na masztach z patyczków, biblijny potop w skali mikro, cichobieżny kot, świeży czosek, karbid i świece dymne. Marysia przypomina indiańskiego szamana, gdy obchodzi grządki grzechocząc totemem z zatkniętej na kiju butelki po wodzie mineralnej. Wieczorny wiatr rozwiewa pióropusz jej siwych włosów. Potem przywołujemy GPS-a do czesania. Przybiega i z entuzjazmem podsuwa pod szczotkę szczeciniasty grzbiet. I mamy biologiczną broń: kuleczkę kłaków z, da Bóg, niewyżytymi pchełkami dla wzmocnienia efektu.   
 Co rano garściami zbieramy z ziemniaków stonkę i rozgniatamy butem na kamieniach ścieżki egzekucyjnej. Ale malutkie ślimaki z kolorowymi muszelkami, podobne do cukierków Alpenliebe, wynosimy na pola. Tak jak przerażonego kreta, który kilkanaście dni temu wpadł w łapy Czarnej Mańce. Wrzucony do konewki wsadził nosek w szyjkę, którą wylewa się wodę, i siedział tam, mój jeniec wojenny, jak trusia póki nie doszliśmy za miedzę. Wypuszczony na wolność zagrzebał się w Ziemi. Może zdezerteruje. Może ominie front szerokim łukiem i będzie jeszcze szczęśliwy.   

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarzy